MPZA cz. 2: Kształty – bezpieczeństwo, wygoda i stymulacja

W tej części megaprzewodnika skupię się na budowie korków analnych i tym jak ich kształt wpływa na to ile frajdy z nich możemy mieć. Mam nadzieję, że pomogę Wam choć trochę zorientować się, jakie są Wasze potrzeby i co będzie Wam pasowało, nim ruszycie na zakupy.

Startujemy! Klasyczny korek analny składa się z podstawy, szyjki i części głównej.

Podstawa

jest to z perspektywy bezpieczeństwa najważniejszy element zatyczki. Musi być na tyle szeroka i sztywna, a krzywa do niej prowadząca stroma, by uniemożliwić korkowi całkowite wślizgnięcie się do ciała. Niestety, jeśli „połkniemy drugim końcem” korek, to najlepszym wyjściem jest dla nas wizyta na pogotowiu, gdzie mają silne leki rozluźniające mięśnie i przerażające szczypce.

3 korki analne z lichymi podstawami

Jednocześnie podstawa nie powinna się też wbijać w pośladki, co czasem zdarza się przy okrągłych zakończeniach jak u lampek do wina. Elipsy, beleczki, bądź prostokąty (ale tu też trzeba uważać na rogi) są zwykle dużo wygodniejsze, szczególnie jeśli szukamy korka do noszenia a nie tylko do chwilowej zabawy. Uważać trzeba z pętelkami przy silikonowych korkach – jeśli nie przełożymy przez ich ucho wibratora, zabawka może zostać wciągnięta.

Szyjka

łączy podstawę z główną częścią korka. Jeśli jest za krótka, to uniemożliwia mięśniom obkurczenie się, co wywołuje dyskomfort. Oczywiście nie jest to zawsze wadą – czasem o to właśnie nam chodzi, żeby kogoś albo siebie pomęczyć. Jednakże korek z ABS-em może także zostać wessany, nawet jeśli ma solidną, szerszą od szyjki podstawę (zerknijcie na tego czerwonego potwrka powyżej).

Za długie szyjki sterczą na zewnątrz – mięśnie mimowolnie wypychają zabawkę, jeśli nie ma się ona jak zaprzeć. Przez to podstawa korka może zacząć uwierać, lub być widoczna pod ubraniem. Dlatego korki takie jak Tantus Ace najlepiej sprawdzają się gdy na nich usiąść lub gdy przytrzymuje je specjalna uprząż.

Grubość szyjki w stosunku do średnicy głównej części korka jest także bardzo ważna. Szersza szyjka zapewnia więcej stymulacji, jednakże zbyt mała różnica między nią a „częścią główną” utrudnia utrzymanie korka na miejscu. Często początkujący kupują bardzo „chude” korki z obawy przed tym, że większych nie zmieszczą, i dziwią się że korki „wyskakują” albo wyślizgują się.

Kupując popularne ostatnio korki z ogonkami musimy pamiętać, że obciążenie korka od strony podstawy utrudnia naszym mięśniom utrzymanie go na miejscu. Jeśli będzie zbyt „równy”, to skończy się na zabawie w doczepianie Kłapouchemu ogonka. Nie brzmi to zachęcająco… no chyba, że za każde upuszczenie będzie jakaś wymyślna kara.

Z drugiej strony bardzo duża różnica między średnicą szyjki a reszty korka utrudnia jego wyjęcie, szczególnie kiedy zwężenie następuje nagle. Takich korków lepiej nie zostawiać na dłużej, bo wyjęcie może okazać się trudne. Jak radzić sobie z zaklinowanym korkiem napiszę w ostatniej części poradnika.

trzy korki analne

Część główna

W klasycznych korkach zwykle ma kształt wrzecionowaty bądź łezkowaty. Dla osób o upartych tyłkach – takich jak mój, następne paragrafy są kluczowe:

Zacznijmy od czuba zatyczki – od jego kształtu zależeć będzie z jaką łatwością umieścimy zatyczkę na miejscu. Im bardziej stroma krzywizna, im szybciej rośnie średnica, tym zwykle trudniej przekonać mięśnie do rozluźnienia się.

Jeśli korek jest odpowiednio wyprofilowany – rozszerza się powoli, to większa średnica nie jest mi straszna. Trochę nawilżacza, trochę penetracji palcami i „hop”. Za to dajcie mi coś z kulką na początku i 3 centymetry średnicy robią się nieprzyjemne, a 4 są „nie do przejścia”.

2 korki analne

Moment, w którym korek usadawia się na miejscu – najszersza część mija mięśnie, które zaciskają się na szyjce jest dla mnie najprzyjemniejszym elementem korzystania z tych zabawek.

MPZA cz. 1: Silikon, szkło, metal – z czego robi się fajne korki analne?

Jak już wcześniej wspominałam w artykule o tym z czego wykonywane są seks-zabawki, materiał materiałowi nierówny. Nic jednak nie zaszkodzi przestrzec jeszcze raz przed szkodliwymi substancjami. Nikt nie kontroluje seksualiów. Zabawki z taniej gumy nie tylko cuchną ulatniającymi się chemikaliami i szybko tracą atrakcyjny wygląd, ale mogą też doprowadzić do uszkodzeń błon śluzowych. Jeśli macie ochotę na ekstremalne doznania, to zamiast żelowych korków analnych polecam odpowiednio wystrugany kawałek imbiru. Piecze tak samo, a przynajmniej nie szkodzi.

Istnieje cała masa zabawek z gumy termoplastycznej (TPR), które co prawda nie są toksyczne, ale posiadają wystarczająco wad, bym nie brała ich tu pod uwagę. Po pierwsze korek z TPR jest nie do odróżnienia od takiego z PCV jeśli nie mamy dostępu do bogato wyposażonego laboratorium. Po drugie: TPR też degraduje, więc co jakiś czas trzeba wymienić na nowe. Po trzecie: nie da się tego materiału domyć, więc każda zabawka musi być przypisana do jednego zastosowania, przez jedną osobę. Można oczywiście obejść to za pomocą prezerwatywy, ale powinna być ona bez fabrycznie dodanego nawilżacza, gdyż w tym celu stosuje się lubrykant silikonowy.

Tak więc po odrzuceniu zabawek z podejrzanych materiałów pozostaje nam:

Silikon

jedyne giętkie tworzywo dostępne na tym rynku, które jest zupełnie bezpieczne dla ciała i jednocześnie łatwe w dezynfekcji. Silikonowe korki analne mogą być mniej lub bardziej miękkie, ale daleko im do „żelków”. Szybko przejmują temperaturę ciała – ze względu na to oraz elastyczność takie wtyczki są najmniej „zauważalne” po wprowadzeniu. Stosowane są różne wykończenia – od połyskliwego prawie jak lakierki (np. część asortymentu Tantusa) do aksamitnego (Fun Factory). Silikon kompatybilny z nawilżaczami na bazie wody i tłuszczu (polecam olej kokosowy!), dzięki czemu możemy wybrać taki, który najlepiej będzie współgrał z fakturą zabawki.

Kiedyś regułą było nie używanie silikonowych zabawek z silikonowymi nawilżaczami, obecnie sprawa jest bardziej skomplikowana. Jest sporo par, które ze sobą współgrają, ale nigdzie nie ma oficjalnej listy. Na szczęście można szybko sprawdzić, czy lubrykant i zabawka mogą być używane razem. Wystarczy nałożyć trochę żelu na postawę zabawki – reakcja następuje szybko – powierzchnia staje się gumowata. Zabawka nie ulegnie jednak zniszczeniu – problem schodzi jeśli zdrapać go paznokciem i nie pozostaje po nim ślad. I nie jest to miejska legenda, ale porada od Metis Black – właścicielki Tantusa.

Silikonowe korki analne świetnie sprawdzają się przy podwójnej penetracji. Szklana czy metalowa zatyczka w połączeniu z ruchami frykcyjnymi penisa czy dilda w pochwie może dać uczucie obicia, szczególnie, jeśli jest pokaźnych rozmiarów. Moje ciało wyznaje zasadę jednego sztywnego materiału na raz – jak szklane dildo, to miękki korek i odwrotnie.

Uwaga na całą masę TPR-u sprzedawaną jako silikon – szkodzi mu olej (a czasem także silikonowy żel) a w dodatku jest to materiał porowaty, więc nie można go zdezynfekować.

Plug B - Godemiche

Plug B – Godemiche

Fun Factory Bootie Kit

Fun Factory Bootie Kit

Szkło

Twarde i dosyć ciężkie, co zwiększa intensywność doznań. Dłużej niż silikon utrzymuje temperaturę, z czym można eksperymentować – może być kojąco chłodne, szokująco mroźne, relaksująco ciepłe czy rozpalająco gorące. Dzięki swojej gładkości wymaga mniej nawilżacza niż silikon.

Paradoksalnie, dla początkujących mały szklany lub metalowy korek może być łatwiejszy do „ogarnięcia” niż wydawałoby się przystępniejsza, giętka silikonowa opcja. Dodatkowo można tu bez najmniejszych obaw stosować niezwykle trwałe silikonowe nawilżacze co jeszcze zmniejsza nieprzyjemne tarcie.

Trzeba też docenić fetyszowy potencjał szkła – świadomość, że dzięki niektórym zabawkom druga osoba może praktycznie zajrzeć wewnątrz nas może być bardzo podniecająca.

Szklane korki analne (a w zasadzie wszystkie szklane zabawki) artystów z Etsy świetnie nadają się na prezent. Są unikatowe, często robione na zamówienie – więc dopasowane do naszych gustów. W dodatku możemy mieć pewność, że osoba, która pociła się i trudziła nad naszym produktem dostanie lwią część zysku. Jeśli czyta teraz ten tekst ktoś, dla kogo jestem wyjątkowa, to wspomnę, że rozpłakałabym się ze szczęścia na widok korka ze storczykiem.

Ciemnozielony szklany korek analny

GlassbyWoozy na Etsy

szklany różowy korek analny z Hello Kitty z cyrkonii

Pink Kitty od Crystal Delights

Szklany korek analny z niebieskim fiołkiem w podstawie

HedonicGlass na Etsy

 

 

Stal nierdzewna

Tak samo twarda i gładka, ale cięższa od szkła i jeszcze lepiej utrzymująca temperaturę. Metalowe korki analne, o ile współgrają z naszą anatomią, świetnie nadają się do dłuższego noszenia.

Trzeba jednak uważać, gdyż pełno chińskiej tandety, nieoszlifowanej lub wykonanej z plastiku i tylko pomalowanej metaliczną farbką (która prędzej niż później się skruszy). Oczywiście można trafić na całkiem porządnie wykonane zabawki z państwa środka – ale za każdym razem jest to loteria. Najlepiej kupować tam, gdzie mamy pewność, że jeśli kontrola jakości zawiedzie, to nie zostaniemy z pustym portfelem i bublem w dłoniach.

Wysokiej jakości stalowe korki produkuje na przykład n-Joy. Oni gwarantują, że na naszym korku nie pojawi się ni jedno odbarwienie, ni jedna rysa, a na pewno nie będzie ostrych krawędzi.

Korek z cyrkonią

LuxGem od LoveHoney

trzy korki z pentelką

Pure Plugi od N-Joy

Metalowy korek z różą w podstawie

Medium Rose od Julliana Snellinga

Ceramika

Niestety mało popularna (głównie linia Ceramix z Pipedream, kiedyś było pełno rękodzieła na Etsy, teraz ślad nie pozostał) choć ma swoje zalety. Zabawki z linii Ceramix są puste w środku, co ułatwia zabawę temperaturą jak i daje nam mały wpływ na ciężar. Z zewnątrz ceramikę pokrywa się glazurą, która zapewnia higienę i bezpieczeństwo.

Pipedream Ceramix

Pipedream Ceramix

Honey Plug od Honeypot Porcelain

Honey Plug od Honeypot Porcelain

Pipedream Ceramix

Pipedream Ceramix

Drewno

Drewniany korek analny

Nobessence Romp

Lekkie, przyjmujące szybko temperaturę ciała a sztywne i gładkie. Bezpieczeństwo i trwałość drewna zależy w ogromnym stopniu od tego jak zostało ono zabezpieczone przed wilgocią. Nie ważne ile talentu ma rzeźbiarz, tylko polakierowane, w pełni wodoodporne produkty są warte polecenia. Nieodpowiednio zabezpieczone drewno jest porowate i w dodatku ulega uszkodzeniu pod wpływem wilgoci. Nie jest to dobra cecha dla korka analnego, prawda?

 

Twardy plastik

Uwzględniam go tu tylko ze względu na korki-grzechotki Dorcela i ten zestaw (drogi bardzo, nie najlepszej jakości, ale za to jak podobny do oryginalnych Younga!). Zdecydowanie lepiej sprawdza się w innych rozwiązaniach, na przykład wibratorach-pociskach. Materiał sztywny, lekki i łatwo przyjmujący temperaturę ciała.

 

To by było na tyle jeśli chodzi o trwałe, bezpieczne i popularne materiały.  W następnej części zajmiemy się kształtami.

 

Megaprzewodnik po zatyczkach analnych – spis treści

Strefę G i uroki penetracji waginalnej poznałam, bo inni powiedzieli mi, że będzie fajnie. I było. Tyłek odkryłam sama.

Rozwieracze Analne Younga - pierwsze korki analne

Rozwieracze Analne Younga – przełom XIX i XX w., tylko na receptę

Zaczęło się od fantazji o tematyce medycznej – w końcu przechodząc z okresu dzieciństwa do dojrzewania bez fachowej edukacji seksualnej był to jedyny dostępny mi kontekst, w który wpasować mogłam odczuwane instynktownie pragnienia.

Potem przyszedł czas eksperymentów, pierwszych orgazmów i odkrywania o co w tych „moich dziwnych pomysłach” chodziło. Czas czytania kiepskiego fan fiction i jeszcze gorszej „erotyki” wydawanej oficjalne. Czas robienia własnych kulek analnych i chowania pędzelka od plastyki w szufladzie pod łóżkiem.

Na szczęście dosyć szybko dotarłam do artykułów, które utemperowały moje zainteresowanie molestowaniem przyborów szkolnych. Nim zdążyłam zrobić sobie jakąś krzywdę, skręciłam w stronę mainstreamowych zabawek seksualnych. Niestety w moim pędzie do „normalności” wybrałam to, co „powinno” sprawiać mi przyjemność – toksyczne króliczki.

Zmiana narzędzi nie wpłynęła jednak na to, co działo się w mojej głowie. Fantazje nadal skupiały się głównie wokół erotyki analnej, czy mi się to podobało czy nie. Powoli zaczęłam to akceptować i pozwoliłam sobie by ta akceptacja znalazła odzwierciedlenie w zawartości mojej szuflady.

Nikt nie uprzedził mnie o przepaści pomiędzy moimi wyobrażeniami a możliwościami (i uporem) własnego ciała. Na szczęście nieudane próby i kolejne buble nie zgasiły mojego zainteresowania analną erotyką. Było ono na tyle silne, by pchać mnie ku kolejnym eksperymentom, podczas których zaczęłam zdobywać potrzebną wiedzę i umiejętności.

Jednym z ciekawszych odkryć na tej drodze były korki analne. Kiedy wreszcie nauczyłam się wybierać odpowiednie dla siebie, stały się jednymi z moich ulubionych gadżetów. Moim zdaniem są one, obok dild, jednymi z bardziej niedocenianych seksualiów.

Korek analny z magiczną kulą nr 8

Gdybym miała to cudo, przewodnik zostałby napisany już dawno ;) Etsy

Muszę przyznać, że ten artykuł dojrzewał w we mnie miesiącami, rozrastając się i nabierając koloru aż zostałam zmuszona podzielić go na 5 części.

  1. Silikon, szkło, metal – z czego robi się fajne korki analne?
  2. Kształty – bezpieczeństwo, wygoda i stymulacja.
  3. Żeby nie było nudno – dodatki i innowacje.
  4. Scenariusze i pomysły na to jak włączyć korki analne do zabawy.
  5. Rozwiązywanie problemów.

Recenzja uprzęży Strap & Bound 3

Znajduję się obecnie na życiowym zakręcie, który to daje mi okazję do przemyślenia i uporządkowania wielu spraw. Określenia tego, kim jestem i czego szukam. Także w sprawach seksualnych. Jak pogodzić to, że będąc bardzo uległą, jednocześnie uwielbiam nosić i używać strap-ona? Jakiś czas temu znalazłam sformułowanie „service top” i stwierdzam, że bardzo dobrze opisuje ten istniejący we mnie rzekomy paradoks. To określenie osoby, która chociaż jest „na górze”, to jeśli chodzi o emocjonalny aspekt, pozostaje na usługach partnera/-ki.

Dodatkowo do podobnych przemyśleń skłania mnie otrzymanie do testów nowej uprzęży Strap & Bound III, która powstała dzięki współpracy dwóch niemieckich producentów: Strap and Bound i Fun Factory. Jest ona ręcznie wykonana z miękkiego dżinsu, w pełni wegańska i zadziwiająco wygodna.

Pierwszy strap-on pojawił się w mojej szafie kilka lat temu. Uszyłam go według wykroju znalezionego na tej stronie, dodając napy przy mocowaniu metalowego pierścienia, tak by można go było wymienić na większy, oraz klamerkę na pasku nad tyłkiem. Mimo amatorskiego wykonania śmiem twierdzić, że nie ustępuje ona komercyjnym nylonowym uprzężom. Po co mi więc Strap & Bound?

Po testach znam odpowiedź: żeby uniknąć sytuacji, w której atmosfera pryska, bo przez 5 minut mocuję się z paskami, by wszystko leżało tak, jak chcę. Komfort i atrakcyjny wygląd to tylko dodatkowe bonusy.

Zacznijmy od tego, że nie jest to nylonowa uprząż. Na rynku gdzie głównie dostępny jest właśnie nylon, skóra, bądź lateks – Strap & Bound stanowi ciekawą odmianę. Użyty materiał jest miękki i przyjemny w dotyku. W przeciwieństwie do pozostałych nie wpija się irytująco w skórę i nie obciera.

DSCN1549

Połączenie wspomnianej miękkości z regulacją na półkola sprawia, że dopasowanie długości pasków jest szybkie i łatwe. W niczym nie przypomina siłowania się z szelkami od plecaka (a tak właśnie wyglądało wcześniej nakładanie przeze mnie uprzęży). W dodatku paski mają różną szerokość, więc nawet przy nastrojowym oświetleniu, dodatkowo zamroczona pożądaniem, nie muszę się zastanawiać co gdzie ma iść. Po prostu dwoma krokami wchodzę w uprząż, naciągam na biodra, krótko szarpię za 3 paski i mam! Mogę wyrobić się w minutę i uzyskać taką samą stabilność, co w poprzedniej uprzęży i zachować przy tym twarz.

Trzeba jednak uważać, by nie zacisnąć pasków zbyt mocno, gdyż rozciąga to silikonowy pierścień i dildo (nawet takie o bardzo szerokiej podstawie), wypada. Przygotowana do sytuacji, gdzie ciaśniejsze zapięcie oznacza mniej obcierania, muszę się tego oduczyć. Nieco luźniejsze zapięcie nie zmniejsza kontroli nad penetracją.

Kolejnym ważnym plusem Strap & Bound jest możliwość użycia go do stabilizacji dilda Share. Z początku byłam do tego sceptycznie nastawiona – w końcu nawet nie przyszło mi do głowy parować Share z moją starą uprzężą (a szkoda!). Okazuje się jednak, że pomysł działa. Wprawdzie sprawia, że Share jeszcze bardziej celuje w pępek i skraca o przynajmniej centymetr długość użytkową, ale za to wreszcie mogę Share używać z rozkraczonymi nogami. To bardzo rozszerza skromny repertuar pozycji, w jakich mogę używać tego dilda. Ważna rada: najpierw zakładamy Share, potem dodajemy uprząż.

Niestety, poza Share, większość dild Fun Factory będzie w Strap & Bound lekko opadać, tym bardziej, im niżej je zamocujemy. Nie jest to jednak wina uprzęży, a kąta, pod jakim ich trzonki wyrastają z podstaw, oraz oczywiście grawitacji. Mam nadzieję, że Fun Factory wprowadzi do swojej oferty coś na kształt mojego ukochanego Tantusa Acute, albo dild BS is Nice. Póki co, da się do tego opadania przyzwyczaić.

Co zmieniłabym w Strap & Bound? Na pewno przydałby się opcjonalny kawałek materiału z kieszonką na wibrator. Na początku myślałam, że trzeba by do tego dodać napy przy silikonowym pierścieniu (kieszonka musi być zdejmowalna, jeśli chcemy używać uprzęży z Share), ale po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że przecież bez trudu można by rozebrać uprząż na części i przeciągnąć troczki przez otwory w kieszonce. W prawdzie ja swojego starego przedniego kawałka szybko przestałam używać, ale głównie dlatego, że został uszyty, zanim kupiłam Salsę i na długo nim dostałam Tango i żadnej kieszeni nie posiadał. Poza tym, w czasie używania strap-ona zwykle skupiam się całkowicie na reakcjach drugiej osoby i nie potrzebuję fizycznej stymulacji. W związku z tym zrobienie nowej, ulepszonej kieszonki, w sytuacji, gdzie nie miałam już dostępu do maszyny do szycia, nie stanowiło priorytetu. Zdaję sobie jednak sprawę, że dla wielu osób taka kieszeń z odpowiednio silnym pociskiem byłaby dużą zaletą.

Jedyne rozwiązanie powyższej kwestii, jakie mi przyszło mi do głowy (poza uszyciem kieszeni samemu, oczywiście), to umieszczenie mojego starego Better Than Chocolate pod uprzężą. W prawdzie wygląda przekomicznie – na tyle, że nawet nie chcę pozować do takich zdjęć dla celów recenzyjnych – ale do mojej anatomii pasuje jak ulał. Zastanawiam się czy Laya Spot od Fun Factory nie mógłby też tak pasować. W dodatku, jeśli chciałabym zwiększyć głębię penetracji, bo miałabym wpięte dildo długości Amora, to taki trick bardzo by pomógł. Kto wie, może jeszcze polubię Better Than Chocolate1.

Długo zastanawiałam się czy zastosowanie jednego, przymocowanego na stałe silikonowego pierścienia, nie obróci się przeciwko użyteczności uprzęży. Po wielu testach jestem jednak spokojna. Silikon to nie jest guma, nie obawiam się, że się rozciągnie, sparcieje. Prędzej uprzęż zmechaci się i powyciera od ciągłego używania (życzcie mi tego!), niż cokolwiek złego spotka ten pierścień. Jeśli poprawnie – nie za ciasno – założę uprząż, to wszystkie moje dilda, nawet znana z wypadania stara wersja Tantusa Acute (kilka lat temu Tantus wyszedł z nową wersją o solidniejszej podstawie), się trzymają. Jak się zapomnę i zacisnę tak, by zrobić ze swoich ud serdelki, wypadają wszystkie. Ponadto wydaje mi się, że silikonowy pierścień trochę amortyzuje i czyni uprzęż jeszcze wygodniejszą.

DSCN1550

Jeśli chodzi o wykończenie i stronę estetyczną, to Strap & Bound prezentuje się znakomicie. Jak widać ze zdjęć, szwy są równe, jak od linijki. Elementy metalowe błyszczą się, nie są zmatowiałe czy zadrapane. Trzema słowami: jakość pierwsza klasa. Trochę poprzeglądałam strony sklepów oferujące Strap & Bound w poprzednich wersjach i czekam aż Fun Factory wprowadzi do oferty inne opcje kolorystyczne (różniące się kolorem tasiemki). Tak samo mam nadzieję, że pojawi się uprząż plus size. Strap & Bound pasuje na osoby noszące europejskie rozmiary 34-46. Kobiety o bujniejszych kształtach także zasługują na komfort.

Untitled-1

Tak więc stwierdzam, że Strap & Bound to bardzo udany produkt z wyższej półki. Znajduje to odzwierciedlenie w cenie, na której wysokość składają się nie tylko wysokiej jakości materiały ale i godziwe wynagrodzenie dla niemieckich szwaczek, które odwalają kawał dobrej roboty. Podobnie kosztują legendarne wręcz skórzane uprzęże Aslan Leather (w tym wege-wersja Jaguara z eko skóry). Jeszcze droższe (i podobno stabilniejsze) są produkty Spare Parts Hardware, ale to już zupełnie inny stopień wtajemniczenia.

 

  1. marne szanse. Nawet dwa Duracele nie są w stanie zmienić tego, że stara wersja BTC ma silnik słabszy niż frezarka do paznokci z Biedronki.

Zdecydowanie nie amBIwalentna

Nidgy nie byłam szybka w pisaniu recenzji, teraz jednak mogę ze wstydem stwierdzić, że przeszłam samą siebie. Jak długo można przeciągać napisanie tekstu, gdy notatki zbierają kurz z dna szuflady, a opinia o produkcie jest wyrobiona od tygodni? Długo, jeśli rzeczony produkt okaże się narzędziem idealnie wspomagającym odkładanie wszystkiego produktywnego na wieczne jutro.

Czas jednak zamknąć okienko Tumblra, chwycić aparat i suwmiarkę i zabrać się do rzeczy. Mamy w końcu zupełnie nowy gadżet Fun Factory do opisania.

Kim jest Miss Bi?

To nowy “króliczek” niemieckiej firmy Fun Factory. Pierwszy w ich ofercie, który szczyci się dwoma niezależnie sterowanymi, wibrującymi silnikami. (Fun Factory kilka lat temu łączyło wibracje z rotacjami, z poprzedniej generacji mamy także Paula i Paulinę, oni jednak działali tylko na jedno kopyto.)

Jak wiele recenzentek, które zaczynało od gadżetów 2w1 uważam większość tego typu produktów za przereklamowane. Piekąca skórę, żółknąca guma, zacinające się perełki, milion przycisków, kształt idealnie dopasowany do anatomii – tylko czyjej?! Ugh. Podwójne ugh. Co twórcy Seksu w Wielkim Mieście sobie myśleli promując ten chłam?

Na szczęście Miss Bi nie jest ani toksyczna, ani brzydka, ani nieporęczna, ani przekombinowana. Co prawda trochę kosztuje, ale jeśli przyjrzeć się stosunkowi ceny do jakości…No właśnie – przyjrzyjmy się, bo po co kupować królika w worku.

Miss Bi Fun Factory

Miss Bi

Zacznę od pierwszego wrażenia: zwykle jeśli mam możliwość wyboru, to do recenzji proszę o model w kolorze “dowolnym, byle nie różowym” (nie wynika to z niechęci do różu, a z sympatii do wszystkich kolorów). Tym razem dostałam róż z automatu. I co? Jestem zadowolona. Nie jest to bowiem pastelowy, mdły odcień, ale soczysta i żywa barwa. Zdjęcia nie są w stanie pokazać piękna tego koloru. Na żywo widziałam też wersję błękitną – ta jest bardziej stonowana, taka jak to widać na zdjęciach promocyjnych. Ciekawie prezentuje się też trzeci – winogronowy model.

Silikon Miss Bi jest nie tylko ładnie pigmentowany, ale przede wszystkim cudowny w dotyku. Miękki i jedwabisty.  W przeciwieństwie do wszechobecnych żelków będzie służył tak długo, jak będziemy chciały (o ile nie przypadnie do gustu także naszemu czworonogowi). Część recenzentek potrzebuje do zabawek Fun Factory dużych ilości wodnego lubrykantu. Mi faktura odpowiada lepiej bez, ale Wam radzę sprawdzić, czy nie lepiej będzie z. W końcu producenci specjalnie w tym celu dorzucają saszetkę lub dwie.

Kształt Miss Bi jest wprost genialny. Tam gdzie byle-jakie króliki mają puszkę na baterie, wibrator FunFactory wyposażono w pętlę, która pozwala wygodnie chwycić zabawkę niezależnie od tego ile lubrykantu mamy na dłoniach. Palec wskazujący w pętlę – i już kciuk ląduje na panelu sterowania.

Trzonek gadżetu najbardziej przypomina mi Stronica Zwei, ale jest od niego sporo mniejszy, z bardziej ruchomym i spiczastym czubkiem. Daje mi uczucie przyjemnego wypełnienia bez konieczności rozgrzewki z czymś mniejszym. Inspirowany zakrzywionym palcem szpic bardzo ułatwia początkową penetrację. W najszerszym miejscu średnica Miss Bi waha się od 3,5 do 4 cm (przekrój jest spłaszczony) ale nie powoduje to najmniejszego dyskomfortu. Pewnie dlatego Miss Bi stała się ulubioną zabawką tego lata – kiedy było gorąco i cudownie, że aż się chciało, ale tak gorąco, że nic się nie chciało.

SAM_2834

Miss Bi vs. Stronic Zwei

SAM_2829 SAM_2826

Długość Miss Bi też uważam za optymalną (trudno uwierzyć, że to tylko 8 cm) – przy zwykłych wibratorach przeznaczonych do penetracji dodatkowe centymetry nie wadzą, nawet pomagają lepiej chwycić i nakierować gadżet. Natomiast przy “króliczkach” próbując umieścić część łechtaczkową na właściwym miejscu uderzamy jednocześnie w szyjkę macicy. Tu tego problemu nie ma. Miss Bi jest najlepszą przyjaciółką kobiet “płytkich” jak ja.

Wypustka łechtaczkowa jest dość długa i giętka, ale nie wiotka. Przy umiarkowanym nacisku odgina się prostopadle do trzonka, chwytając ją dwoma palcami mogę odgiąć ją aż do panelu kontrolnego. Smutna wiadomość dla tych, co lubią duży nacisk, dobra dla całej reszty, gdyż czyni to Miss Bi bardziej uniwersalną anatomicznie.

Przejdźmy do elektroniki: Miss Bi ma jak już wspominałam dwa napędy, nazwę je silnikiem i silniczkiem. Silnik jak się domyślacie to ten większy, umieszczony w trzonie, tam gdzie widać zgrubienie. Silniczek to ta wściekła osa, którą ktoś złapał i wsadził do wypustki łechtaczkowej.

Na temat silnika mogę pisać peany. Jest wspaniały, to słychać i czuć. Niemcom udało się odkryć i zastosować tu złote proporcje mocy i szybkości. Wibracje skupiają się w zgrubieniu trzonka oraz na czubku. Powoduje to, że używając Miss Bi zgodnie z przeznaczeniem drgania przechodzą z “garba” na wrażliwe wejście do pochwy, okolice ujścia cewki moczowej oraz na spojenie łonowe, sprawiając, że przyjemność rozlewa się po całej miednicy.Skutkuje to także, tym że czubek Miss Bi świetnie nadaje się na zabawkę łechtaczkową.

Jedynym poważnym minusem Miss Bi jest silniczek. Wbrew temu, co pisze Fun Factory niestety mamy tu do czynienia z dość wysokimi obrotami i płytkimi wibracjami. Nie aż tak by zabawkę zdyskwalifikować, ale na tyle by stwierdzić, że mogłoby być lepiej. Nie jest to We-vibe Tango, ale nie jest to też jakiś koszmarny wydrętwiacz. Gdyby silnik nie był tak cudowny, to w ogóle nie czepiałabym się silniczka. Stwierdziłabym “ok zabawka, następny proszę”, a tak dostałam w ręce coś, co jest tak bliskie ideałowi, że ciężko jest wybaczyć to małe niedociągnięcie.

W dodatku podczas gdy silnik do cichych nie należy, ale hałas jest współmierny do intensywności, silniczek po prostu buczy. Najlepiej od razu włączyć muzykę. Albo pójść do wanny – w końcu zabawka wodoodporna.

Oprócz mocy silnika Miss Bi największym zaskoczeniem były dla mnie fajne tryby wibracji. Normalnie nie jest to coś, czemu poświęcam uwagę, skupiając się raczej na zwykłych poziomach. Szybkie przeskakiwanie od zera do maksymalnej prędkości jak i długie pauzy po prostu mnie irytują. Czasem skuszę się na powolny rollercoaster albo bardzo szybki puls. Przy Miss Bi jest trochę inaczej. Tu tryby rzeczywiście są czymś więcej niż tylko standardowo dodawanym bublem. Pozbawione wybijających z rytmu pauz, rozkołysane – lubię wszystkie 3.

No dobrze – mówimy o mocy, o trybach, gdzieś wcześniej wspominałam o niezależnym sterowaniu – to musi być skomplikowane. Nic bardziej mylącego. Miss Bi ma wypukłe 3 przyciski, zero pokręteł. Guzik Fun włącza zabawkę, oba motorki wskakują od razu na drugą prędkość. Środkowy przycisk przyspiesza a następnie przechodzi przez tryby silnika (aż do trybu “off”), a ostatni guzik robi to samo dla silniczka. Jeśli wyłączymy oba motorki w ten sposób, to po pół minuty gadżet wyłączy się całkowicie  – przestanie świecić przycisk “Fun”. Guziki są odpowiednio czułe, działają z wyraźnym “kliknięciem”, konieczność dłuższego przytrzymania “Fun” eliminuje sytuację włączenia się w szufladzie, jest także możliwość zablokowania przed przypadkowym włączeniem, szczególnie przydatna na czas podróży.

Bateria trzyma mocno, przy bardzo częstym acz krótkotrwałym używaniu starcza mi na tydzień. Po czym wyczerpuje się w najmniej odpowiednim momencie – przydałoby się jakieś ostrzeżenie. Miss Bi co prawda traci trochę na mocy, ale jest to tak subtelna różnica, że nie trudno ją przoczyć.

Ładowanie Click’n’Charge działa bez zarzutu – dodatkowo podświetlane przyciski pokazują w przybliżeniu ile jeszcze trzeba czekać. Jako, że proces zajmuje 6-8 godzin dołączony do zabawki kabelek wtykam do adaptera USB do gniazdka. Nie uśmiecha mi się noszenie ładującej się Miss Bi z laptopem.

Podsumowując: gorąco polecam ten gadżet. Jest prosty w użyciu, wygodny, dobrze wyprofilowany i ma cudowny silnik. Wspaniale sprawdza się pod podwójnej stymulacji, ale jako zabawka łechtaczkowa radzi sobie nie gorzej. Dlatego uważam, że może być świetną pierwszą zabawką erotyczną z “prawdziwego zdarzenia”.

Patrząc na cenę Miss Bi nie jest mi trudno zostać przy tej rekomendacji. Mam cały kufer zabawek, a odkąd dostałam tą, jest jedną z trzech jakie ostatnio używałam. Dwóch jeśli pominąć gadżety, które znalazły się na tej liście z obowiązku a nie z wyboru. Miss Bi to dla mnie dwa podstawowe seksualia: ulubiona zabawka łechtaczkowa i królik. Pewnie za jakiś czas zapragnę więcej różnorodności i do łask wrócą dilda, ale ciężko mi sobie wyobrazić coś, co pobije Miss Bi w tych dwóch kategoriach.

SAM_2821

Allegro i podróbki – kiedy nie opłaca się oszczędzać

Już na samym początku przyznam, że jeśliby odłożyć na bok wszystko, co dostałam w zamian za recenzję, zdobycze aukcyjne stanowią większość mojej kolekcji. W czasach studenckich bez aukcji i wyprzedaży likwidacyjnych nie byłabym w stanie pozwolić sobie na zakup wielu rzeczy. Poza tym jeszcze kilka lat temu marki take jak Tantus były w Polsce bardzo trudno dostępne.

Od lewej: FF sping, Better than Chocolate, korek, którego nazwy nie pamiętam, Comfort Massager, FF Flash, Amethyst, We-Vibe Salsa, Tantus Acute

upolowane na Allegro im bardziej na prawo tym bardziej się podobają

Mając to na uwadze nie będę hipokrytką i nie napiszę, żeby o Allegro i eBayu zapomnieć. Jednak poświęcę trochę czasu by przestrzec przed podróbkami. Tych jest na serwisach aukcyjnych pełno i nawet ja dałam się kilka razy nabrać. O ile podrobiona torebka czy sukienka często nie ustępuje zbytnio jakością oryginałowi, a największe związane z jej kupnem niebezpieczeństwo wiąże się z aspektami prawnymi, to z zabawkami nie jest tak lekko. Niewłaściwy wybór może skończyć się źle nie tylko dla naszego portfela ale też i zdrowia.

Nauczka nr 1: the Curve

Po sukcesach jakimi było upolowanie Ametysta i Tantusa Acute zaczęłam zastanawiać się nad większym stymulatorem punktu G. Posiadałam już dosyć potężne szklane dildo do tego celu, ale zastanawiałam się jakby to było z mocniej zakrzywioną, ostrzej zakończoną zabawką. Jak tylko zobaczyłam aukcję czegoś, co wyglądało jak the Curve z Fun Factory, od razu ustawiłam na nią snajpera. Wygrałam.

Moje zadowolenie skończyło się jednak w momencie, w którym dostałam do rąk paczkę. Była dziwnie mała. Zdjęłam czarną folię i moim oczom ukazał się Love Pacifier.

Love Pacifier dildo

Zerknijcie na wymiary. Oryginalne Curve ma średnicę ponad 4 cm i długość 20. Gdyby położyć przy nim mój nabytek, to Pacifier wyglądałby zdeczka korniszonowato.

Ponieważ od samego początku podejrzewałam, że nie kupuję oryginału (dostępne kolory się nie zgadzały), to nie zrobiłam rabanu. Natomiast przeprowadziłam test ogniowy. Ku mojemu zdziwieniu Pacifier okazał się rzeczywiście silikonowy, jak pisało na opakowaniu.

Ponieważ miałam już wystarczająco małych g-spotterów, przehandlowałam korniszona koleżance. Podobno bardzo dobrze się sprawdził.

Obecnie Fun Factory wycofało the Curve, więc teraz jest najlepszy czas, żeby spróbować na nie zapolować :) Nawet bez aukcji można trafić na egzemplarze tańsze o 1/3 i to u rzetelnych sprzedawców, którzy posiadają także sklepy poza Allegro.

Nauczka nr 2 Adam and Eve’s Magic Massager

Jako że od lat pragnęłam zaznać mocy Hitachi Magic Wand, jak pojawiła się jej podróbka z dość dobrymi recenzjami, zdecydowałam się na nią zapolować. Raz chybiłam, ale za drugim razem się udało. Zapłaciłam i zaczęłam oczekiwanie. I tak czekałam. I czekałam. Maile przechodziły bez echa, połączenia telefoniczne od razu prowadziły do automatycznej sekretarki. W końcu, po miesiącu przyszła paczka.

Z zewnątrz masażer wyglądał ok. Pudełko się zgadzało. Niby w porządku? Niestety, po odpaleniu nie było obiecanych fajerwerków. Tak, zabawka była w stanie doprowadzić mnie do orgazmu w 5 minut. Ale daleko jej było do głęboko penetrujących wibracji modelu od Adam and Eve. Okazało się, że nabyłam podróbkę podróbki.

Jest to częsty problem z dużymi masażerami. Dotyczy także Hitachi (obecnie Magic Wand Original) i Fairy Wand. W oryginałach silniki umieszczone są w trzonie masażera, w środku znajduje się także sprawnie działający system chłodzący. Podróbki mają silnik w główce i dużo gorsze (jeśli jakiekolwiek) chłodzenie. Moc osiągają zwiększając prędkość, a nie amplitudę. Dlatego wydrętwiają łechtaczki i padają z przegrzania.

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=dyI-KYzM0_A]

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=1cUD7vY5pQE]

Nauczka nr 3 Rock Chick

Tym razem wszystko wskazywało na to, że licytuję oryginał. Sprzedawca miał bardzo dobre opnie, zdjęcia w aukcji przedstawiały właściwą zabawkę, we właściwym kolorze. I co? I pstro.

ZdjęciaRezultatem był rozpoczęty spór i powiadomienie Rock’s Off. Najbardziej w całej sytuacji rozzłościło mnie to, że podróbka nawet koło silikonu nie leżała. Pociła się i pachniała dość nieprzyjemnie (ale nie tak mocno jak króliczki, które kupowałam w liceum). Sporu nie zakończyłam, uznałam, że zostawię sobie jak będzie trzeba zademonstrować jak wygląda oblany test ogniowy. Równowartość małej pizzy to w końcu nie majątek.

Mądra blogerka po szkodzie

Obecnie dużo bardziej uważam. Kieruję się kilkoma zasadami:

1. Dokładnie obejrzyj zdjęcia. Czy to na pewno ten sam produkt?

Bez nazwy-1

Bez nazwy-2

2. Sprawdź opinie sprzedawcy.

3. Sprawdź co innego sprzedaje, także na kup teraz. Jeśli są to luksusowe zabawki, to dobry znak. Jeśli śmierdzi-żelki, to lepiej nie ryzykować.

4. W razie wątpliwości postaw na szkło, przynajmniej masz pewność, że materiał będzie bezpieczny. Spokojnie możesz też kupować ekwipunek BDSM (o ile nie służy do penetracji czy elektrostymulacji) i bieliznę.

5. Unikaj podejrzanie niskich cen w opcji „kup teraz”, chyba że przedmioty pochodzą z likwidacji sklepu.

Bounce, baby….

Podczas gdy każdy producent gadżetów erotycznych stara się być „innowacyjny” niewielu się to udaje. Patrząc na wiele nowinek często zastanawiam się, czy były one testowane na żywych ludziach nim trafiły do produkcji. To, że coś wygląda interesująco i jest chwytliwie reklamowane nie oznacza ani trochę, że twórcy zasługują na premię za dobrze wykonane zadanie. Są jednak producenci, dla których nowe nie oznacza automatycznie niedopracowane. Potrafią zmotywować swoich projektantów, by tak długo zmieniali prototypy, aż w końcu powstanie produkt, który użytkownicy nie tylko kupią, ale też polubią, by następnym razem nie wpadło im do głowy zastanawiać się, której marce zaufać.

Fun-Factory_ShakeDILDO_Bouncer_Red_l

Tak jest z Fun Factory. Co prawda nie wszystkie ich pomysły się sprawdzają (rowki na zabawce analnej – serio?), ale to w końcu oni zaczęli silikonową rewolucję w europejskich seks-shopach, dali nam kolorową, pełną humoru alternatywę dla panującej wcześniej chińskiej miernoty, a ostatnio zaprezentowali Pulsatory. Dlatego odpakowywaniu ich gadżetów zawsze towarzyszy w naszym domu ekscytacja. Nie inaczej było i tym razem.

Pobieżnie zerkając na reklamę Bouncera doszłam do błędnych wniosków. Wyraźnie pokazano poruszające się „o własnych siłach” zabawki, a wielokrotnie migające teksty o tym, że nadchodzi połączenie kulek i dilda jakoś umknęły mojemu nieuważnemu oku. Jako że nie lubię czytać zbyt wiele o produktach, które dostanę do recenzji, zanim nie zdążę ich choćby odpakować, to że Bouncer jest dildem było dla mnie zaskoczeniem. Myślałam, że Fun Factory rozwija technologię związaną z pulsatorami. A tu taka niespodzianka ;)

Od samego początku trudno było mi się powstrzymać od zabawy Bouncerem i to nawet niekoniecznie w sposób erotyczny, miałam po prostu ochotę miętolić go tak, jaki zwykle miętoli się różne gadżety odstresowujące. Bouncer świetnie się trzęsie, zgina i w ogóle jest miziasty. Ciężko jest się powstrzymać od głaskania – silikon jest bardzo gładki, najbardziej przypomina mi ten pulsatora. Co dziwne, po wielu ślepych próbach musiałam przyznać, że opuszki moich palców nie odczuwają różnicy pomiędzy Pulsatorem, Share a Bouncerem. Nadal jednak będę się upierać, że Share w użyciu jest bardziej szorstkie.

Na „żywo” dildo prezentuje się nie gorzej niż w materiałach promocyjnych. Mój egzemplarz ma piękny, soczysty czerwony kolor, jak wiosenny tulipan. Niestety nie udało mi się tego oddać na zdjęciach – wyszły blado. Miejsce połączenia silikonu, tak zwany „szew” został wygładzony na tyle, że ciężko go wyczuć nawet palcami, a co dopiero w użyciu. Jakość pierwsza klasa!

No dobrze, dość powierzchowności, co z zasadniczym pytaniem: „Jakie to uczucie?”. Bardzo przyjemne, przynajmniej, jeśli chodzi o używanie, jako zwykłego dilda waginalnego. Najbardziej przypomina mi trzęsienie się wspomnianego już pulsatora (w dodatku oba brzmią całkiem podobnie). Dużo mniej natomiast podobne jest do odczuć związanych z kulkami waginalnymi. Okazjonalne, nieprzewidywalne stuknięcia nie mogą się równać z rytmicznym, prawie regularnym kołysaniem. Kulki latają jak szalone, obijając się o ścianki sfer, w których zostały umieszczone. Próbowałam odkryć jak duży wpływ na mój zachwyt ma sam odgłos stukania, ale eksperymenty z zatyczkami do uszu nic mi nie powiedziały. Ocenę tego ile grzechotanie wnosi do ogólnego wrażenia jest tym cięższe, że kształt Bouncera jest dla mnie nowością i nie mam zwykłego dilda o identycznym profilu by je porównać.

O ile Bouncer przy szybkich i rytmicznych pchnięciach stanowi cudo niemieckiej myśli technicznej, to nie jestem w stanie wykrzesać z siebie podobnego entuzjazmu, jeśli chodzi o penetrację analną. Winien jest temu w większości rozmiar zabawki. Nie jestem w stanie znieść pchnięć wystarczająco szybkich by wywołać efekt, który sprawia mi tak wiele przyjemności w użyciu waginalnym. Ba, te 4 cm obwodu bez ułatwiającej wprowadzenie końcówki kilka razy uniemożliwiło mi nawet spróbowanie. Przy czym nie twierdzę, że inni będą mieli ten problem. Jeśli ktoś wie, że średnica nie będzie przeszkodą w rozbujaniu zabawki, to ma szanse wykorzystać w pełni jej potencjał. Osobiście wolę tu poruszający się o własnych siłach i o wiele delikatniejszy Stronic Zwei.

Niestety przy dokładnym obejrzeniu nie wszystko jest tak jak w reklamie. W prawdzie podstawa dilda jest gładka, nie można tu jednak mówić o solidnej przyssawce. W rzeczywistości Bouncer przewraca się, jeśli tylko dać mu lekkiego pstryczka w „nos”. Nawet na bardzo gładkiej powierzchni nie udało mi się przytwierdzić go wystarczająco stabilnie by nie odkleił się po kilku ruchach. Można przedstawić kontrargument, że umocowany Bouncer straciłby na chwilę swoje grzechoczące moce, ale przecież zyskałby na uniwersalności. Wystarczyłoby odrobinę mocniej wgłębić podstawę i mielibyśmy idealną przyssawkę – niczego by to nie zepsuło a tylko dodało nowe możliwości.

Ogólnie rzecz biorąc Bouncer to bardzo fajne dildo. Wygodne w użyciu, dobrze wyprofilowane, profesjonalnie wykończone, a w dodatku z tym czymś, czego nie ma żadne inne. Po testach testów stało się moim waginalnym numerem jeden i na jakiś czas nim pozostanie.

Jedyne, co powstrzymuje mnie od krzyczenia „Ludzie, wio do sklepów po Bouncery!” jest ich cena. Okolice 380 złotych za gadżet erotyczny to nie za dużo, pod warunkiem, że jest to zabawka elektroniczna. Nie posiadam odpowiedniej wiedzy na temat technologii produkcji Bouncerów, ale ciężko mi uwierzyć, że zatopienie 3 kulek to koszt podobny do wykonania i zatopienia dobrej klasy silnika. W dodatku przyssawka nie działa.

Tak więc tym, co zerkają na Bouncera z żądzą w oczach, polecam. Szczególnie miłośnikom i miłośniczkom intensywnej, szybkiej penetracji. Tym, co wolą spokojniej, ale są zaintrygowani pomysłem, radzę wstrzymać się przez chwilę, aż odłożą więcej i od razu postawić na pulsatora. Tym co, jak moja partnerka, nie mogą dużo – a tym bardziej szybko i dużo – niekoniecznie. Szklane g i p-spottery są dla Was Świętym Gralem, nie Bouncer. Natomiast tym, co zaczynają przygody z zabawkami i nie chcą ryzykować większą kwotą nim zyskają większe rozeznanie w tym co ich ciało lubi poradziłabym „zwykłe” bardziej uniwersalne dildo jak na przykład Amor.

Byle nie do wiosny – wibrator łechtaczkowy Fun Factory Spring

Polowanie na okazje w internecie stało się jednym z popularniejszych sposobów na trwonienie czasu i pieniędzy. Podczas gdy inni poszukują ubrań, butów bądź książek, ja najchętniej rozglądam się za wyprzedażami gadżetów erotycznych1. Przeglądam aukcje i oferty sklepów, których właściciele nie wiedzą co sprzedają (duża szansa że znajdę silikon medyczny w cenie jelly-szajsu).

Od czasu do czasu coś kupuję – czasem za ćwierć normalnej ceny, czasem za pół, czasem znajdzie się w rozsądnej cenie coś niedostępnego nigdzie indziej w Polsce. Rezultaty takich działań są najprzeróżniejsze: od zabawek, o których żartujemy, że w wypadku ewentualnego rozstania będziemy bić się o nie w sądzie2 do… no właśnie. Fun Factory Spring.

Może nie powinnam być taka ostra. W końcu ta zabawka nie jest złem wcielonym. To nie Lelo Ida, która zasługuje, by nakręcić o niej horror (albo od razu cały sezon American Horror Story). Bez problemu mogę wymienić jej zalety. I są to zalety mocne, których brak skreśliłby (prawie) każdą zabawkę z mojej listy ulubionych. Ale… Zacznijmy od początku.

100_2470Fun Factory Spring jest dość krótkim a grubym wibratorem pokrytym malinową bądź pistacjową silikonową skórką. Jako, że wyprodukowała go firma Fun Factory, o bezpieczeństwo materiału nie ma się co martwić – jest tak jak napisano na opakowaniu – czysty silikon zgodny ze standardami medycznymi i nietoksyczny twardy plastik w podstawie. Skórka jest dosyć miękka, na tyle, że ściskając palcami można wyczuć strukturę wnętrza, nie jednak na tyle, bym mogła zrobić to podczas normalnego używania. Wykończenie matowe, bez wyczuwalnego ziarna. W mojej ocenie czepia się mniej od Fun Factory Flasha czy Calli ale bardziej od Lelo Elli. Wystarczy niewielka ilość nawilżacza.

Fun Factory SringCzubek Fun Factory Spring oraz jej trzon zdobią cztery wypukłe kwiatki. O ile te trzy na trzonie są dosyć płaskie i ciężko je wyczuć, to ten bliżej końca, a szczególnie jego środek odznacza się już znacznie i moim zdaniem ratuje zabawkę przed mianem Rozczarowania Roku. Dlaczego? O tym jeszcze później.

Fun Factory Spring zasilany jest bardzo wytrzymałym akumulatorem ładowanym przy pomocy magnetycznej ładowarki Click’n’Charge (ostatnio pojawił się kabelek do ładowania USB). Starsze modele tej ładowarki mogą być kapryśne, ale nowe (te z naklejką, takie jak na obrazku poniżej) nie przerywają ładowania dlatego, że ktoś śmiał je szturchnąć. Koniec ładowania sygnalizowany jest zmianą migającego światła na stałe (stara wersja) lub wyłączeniem się podświetlenia (nowa wersja ładowarki). Chcąc się przypodobać dbającym o środowisko oraz cierpiącym na brak miejsca Fun Factory często sprzedaje zabawki bez ładowarki na wypadek, gdybyśmy już takową posiadali.

Nowa ładowarka click`n`chargeSterowanie wibratorem jest bardzo proste i odbywa się za pomocą dwóch przycisków:
„+” Długie przyciśnięcie – włączenie, płynne zwiększenie prędkości a następnie przejście do pierwszego z trzech trybów; krótkie – poziom wyżej/następny tryb.
„ – ” długie przyciśnięcie – wyłączenie; krótkie – poziom w dół bądź zmiana pulsacji na ciągłe wibracje.
Nie ma możliwości zablokowania przed przypadkowym włączeniem a rozładowywanie na czas podróży szkodzi akumulatorowi. Chociaż, pomimo że przyciski działają dobrze – nie trzeba naciskać bardzo mocno, nie zdarzyło mi się przypadkowo zmienić prędkości.

Z tego co dotąd napisałam, Spring wygląda na całkiem przyzwoity gadżet. Bezpieczne materiały, ładne wykonanie, dobra bateria… Solidne 4, może nawet z plusem, gdy dodamy, że nie jest nadto hałaśliwy. Och, gdyby nie te wibracje. Według Fun Factory są one silne i głęboko sięgające. Może i są. Gdyby nie były schowane tak głęboko w zabawce, to mogłabym wiele dobrego o nich powiedzieć. Tymczasem biorę Spring do ręki, wciskam + raz i drugi, czuje w ręce tą moc, kładę ją na łechtaczce i… zasypiam z nudów. Przyciskanie mocniej nic nie daje. Wybieranie jednego z trybów pulsacji nic nie daje a wręcz pogarsza sprawę. Jedyne co pomaga to pocieranie teksturą, właśnie tym wspomnianym wcześniej kwiatkiem. Twarda silikonowa kuleczka stanowiąca jego środek pomaga trochę stymulować łechtaczkę, dzięki temu jestem w stanie wydobyć i ukierunkować choć odrobinkę wibracji. Wtedy prężąc nogi, myśląc o największych zberezeństwach jakich się da mogę wycisnąć jeden, nudny jak rozgotowane flaki z olejem orgazm.

Myślałam, że skoro zewnętrznie Spring się nie odznacza, to może waginalnie będzie lepiej. W końcu lekkie wybrzuszenie na końcu trzonka mogłoby stymulować punkt G. Niestety nic z tego – długość zabawki połączona z kształtem podstawy sprawiają, że albo można Spring mieć w pochwie albo wygodnie go chwycić, szczególnie gdy bardzo szybko wszystko robi się niemożliwie śliskie. I to biorąc pod uwagę fakt, że jestem kobietą dość płytką.

Podsumowując bardzo się cieszę, że kupiłam Spring na aukcji. Za prawie dwie stówy oczekuję więcej niż tego co może mi dać tani plastikowy wibrator. A Spring niestety nawet tej najniższej poprzeczki nie przeskoczy.

Fun Factory Spring stał się naszym wibratorem karnym. Dostajemy go za karę za nienaładowanie czegoś lepszego. Choć cierpię tylko ja, bo Caramel stwierdza wtedy, że ona woli paluszki.

Od Caramel:
Rzeczywiście, nie wiem jak oni to zrobili, ale to jedna z niewielu zabawek, które zwyczajnie mnie drażnią. Po położeniu bezpośrednio na łechtaczce czuje się tylko lekkie mrówki. Fakt, pocieranie teksturą pomaga ale po co się męczyć skoro niemal dokładnie to samo mogę zrobić lepiej i wygodniej palcami? I to bez odrętwienia towarzyszącego wibracjom jakie wytwarza Spring. Ta zabawka nadaje się tylko do drażnienia i torturowania. Potrzeba mi naprawdę niewielkiej stymulacji łechtaczki żeby dojść. Naprawdę niewielkiej! A ze Springiem bez poruszania teksturą nie dojdę bo zanim zrobi mi się na tyle dobrze czuję odrętwienie. Zdaje mi się że to wina zbyt dużej ilości silikonu i tego, że skórkę można właściwie chwycić i odciągnąć. Przez to wibracje są tłumione i spłycane. Jak kiedyś się wkurzę to obedrę to to ze skóry i sprawdzę czy rzeczywiście tak jest i czy bez silikonu jest lepiej.

100_2458

  1. Wild ma na to bana dopóki nie zrobi wszystkich zaległych recenzji
  2. Mów za siebie, ja nie żartuję…