Bounce, baby….

Podczas gdy każdy producent gadżetów erotycznych stara się być „innowacyjny” niewielu się to udaje. Patrząc na wiele nowinek często zastanawiam się, czy były one testowane na żywych ludziach nim trafiły do produkcji. To, że coś wygląda interesująco i jest chwytliwie reklamowane nie oznacza ani trochę, że twórcy zasługują na premię za dobrze wykonane zadanie. Są jednak producenci, dla których nowe nie oznacza automatycznie niedopracowane. Potrafią zmotywować swoich projektantów, by tak długo zmieniali prototypy, aż w końcu powstanie produkt, który użytkownicy nie tylko kupią, ale też polubią, by następnym razem nie wpadło im do głowy zastanawiać się, której marce zaufać.

Fun-Factory_ShakeDILDO_Bouncer_Red_l

Tak jest z Fun Factory. Co prawda nie wszystkie ich pomysły się sprawdzają (rowki na zabawce analnej – serio?), ale to w końcu oni zaczęli silikonową rewolucję w europejskich seks-shopach, dali nam kolorową, pełną humoru alternatywę dla panującej wcześniej chińskiej miernoty, a ostatnio zaprezentowali Pulsatory. Dlatego odpakowywaniu ich gadżetów zawsze towarzyszy w naszym domu ekscytacja. Nie inaczej było i tym razem.

Pobieżnie zerkając na reklamę Bouncera doszłam do błędnych wniosków. Wyraźnie pokazano poruszające się „o własnych siłach” zabawki, a wielokrotnie migające teksty o tym, że nadchodzi połączenie kulek i dilda jakoś umknęły mojemu nieuważnemu oku. Jako że nie lubię czytać zbyt wiele o produktach, które dostanę do recenzji, zanim nie zdążę ich choćby odpakować, to że Bouncer jest dildem było dla mnie zaskoczeniem. Myślałam, że Fun Factory rozwija technologię związaną z pulsatorami. A tu taka niespodzianka ;)

Od samego początku trudno było mi się powstrzymać od zabawy Bouncerem i to nawet niekoniecznie w sposób erotyczny, miałam po prostu ochotę miętolić go tak, jaki zwykle miętoli się różne gadżety odstresowujące. Bouncer świetnie się trzęsie, zgina i w ogóle jest miziasty. Ciężko jest się powstrzymać od głaskania – silikon jest bardzo gładki, najbardziej przypomina mi ten pulsatora. Co dziwne, po wielu ślepych próbach musiałam przyznać, że opuszki moich palców nie odczuwają różnicy pomiędzy Pulsatorem, Share a Bouncerem. Nadal jednak będę się upierać, że Share w użyciu jest bardziej szorstkie.

Na „żywo” dildo prezentuje się nie gorzej niż w materiałach promocyjnych. Mój egzemplarz ma piękny, soczysty czerwony kolor, jak wiosenny tulipan. Niestety nie udało mi się tego oddać na zdjęciach – wyszły blado. Miejsce połączenia silikonu, tak zwany „szew” został wygładzony na tyle, że ciężko go wyczuć nawet palcami, a co dopiero w użyciu. Jakość pierwsza klasa!

No dobrze, dość powierzchowności, co z zasadniczym pytaniem: „Jakie to uczucie?”. Bardzo przyjemne, przynajmniej, jeśli chodzi o używanie, jako zwykłego dilda waginalnego. Najbardziej przypomina mi trzęsienie się wspomnianego już pulsatora (w dodatku oba brzmią całkiem podobnie). Dużo mniej natomiast podobne jest do odczuć związanych z kulkami waginalnymi. Okazjonalne, nieprzewidywalne stuknięcia nie mogą się równać z rytmicznym, prawie regularnym kołysaniem. Kulki latają jak szalone, obijając się o ścianki sfer, w których zostały umieszczone. Próbowałam odkryć jak duży wpływ na mój zachwyt ma sam odgłos stukania, ale eksperymenty z zatyczkami do uszu nic mi nie powiedziały. Ocenę tego ile grzechotanie wnosi do ogólnego wrażenia jest tym cięższe, że kształt Bouncera jest dla mnie nowością i nie mam zwykłego dilda o identycznym profilu by je porównać.

O ile Bouncer przy szybkich i rytmicznych pchnięciach stanowi cudo niemieckiej myśli technicznej, to nie jestem w stanie wykrzesać z siebie podobnego entuzjazmu, jeśli chodzi o penetrację analną. Winien jest temu w większości rozmiar zabawki. Nie jestem w stanie znieść pchnięć wystarczająco szybkich by wywołać efekt, który sprawia mi tak wiele przyjemności w użyciu waginalnym. Ba, te 4 cm obwodu bez ułatwiającej wprowadzenie końcówki kilka razy uniemożliwiło mi nawet spróbowanie. Przy czym nie twierdzę, że inni będą mieli ten problem. Jeśli ktoś wie, że średnica nie będzie przeszkodą w rozbujaniu zabawki, to ma szanse wykorzystać w pełni jej potencjał. Osobiście wolę tu poruszający się o własnych siłach i o wiele delikatniejszy Stronic Zwei.

Niestety przy dokładnym obejrzeniu nie wszystko jest tak jak w reklamie. W prawdzie podstawa dilda jest gładka, nie można tu jednak mówić o solidnej przyssawce. W rzeczywistości Bouncer przewraca się, jeśli tylko dać mu lekkiego pstryczka w „nos”. Nawet na bardzo gładkiej powierzchni nie udało mi się przytwierdzić go wystarczająco stabilnie by nie odkleił się po kilku ruchach. Można przedstawić kontrargument, że umocowany Bouncer straciłby na chwilę swoje grzechoczące moce, ale przecież zyskałby na uniwersalności. Wystarczyłoby odrobinę mocniej wgłębić podstawę i mielibyśmy idealną przyssawkę – niczego by to nie zepsuło a tylko dodało nowe możliwości.

Ogólnie rzecz biorąc Bouncer to bardzo fajne dildo. Wygodne w użyciu, dobrze wyprofilowane, profesjonalnie wykończone, a w dodatku z tym czymś, czego nie ma żadne inne. Po testach testów stało się moim waginalnym numerem jeden i na jakiś czas nim pozostanie.

Jedyne, co powstrzymuje mnie od krzyczenia „Ludzie, wio do sklepów po Bouncery!” jest ich cena. Okolice 380 złotych za gadżet erotyczny to nie za dużo, pod warunkiem, że jest to zabawka elektroniczna. Nie posiadam odpowiedniej wiedzy na temat technologii produkcji Bouncerów, ale ciężko mi uwierzyć, że zatopienie 3 kulek to koszt podobny do wykonania i zatopienia dobrej klasy silnika. W dodatku przyssawka nie działa.

Tak więc tym, co zerkają na Bouncera z żądzą w oczach, polecam. Szczególnie miłośnikom i miłośniczkom intensywnej, szybkiej penetracji. Tym, co wolą spokojniej, ale są zaintrygowani pomysłem, radzę wstrzymać się przez chwilę, aż odłożą więcej i od razu postawić na pulsatora. Tym co, jak moja partnerka, nie mogą dużo – a tym bardziej szybko i dużo – niekoniecznie. Szklane g i p-spottery są dla Was Świętym Gralem, nie Bouncer. Natomiast tym, co zaczynają przygody z zabawkami i nie chcą ryzykować większą kwotą nim zyskają większe rozeznanie w tym co ich ciało lubi poradziłabym „zwykłe” bardziej uniwersalne dildo jak na przykład Amor.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *