Zdecydowanie nie amBIwalentna

Nidgy nie byłam szybka w pisaniu recenzji, teraz jednak mogę ze wstydem stwierdzić, że przeszłam samą siebie. Jak długo można przeciągać napisanie tekstu, gdy notatki zbierają kurz z dna szuflady, a opinia o produkcie jest wyrobiona od tygodni? Długo, jeśli rzeczony produkt okaże się narzędziem idealnie wspomagającym odkładanie wszystkiego produktywnego na wieczne jutro.

Czas jednak zamknąć okienko Tumblra, chwycić aparat i suwmiarkę i zabrać się do rzeczy. Mamy w końcu zupełnie nowy gadżet Fun Factory do opisania.

Kim jest Miss Bi?

To nowy “króliczek” niemieckiej firmy Fun Factory. Pierwszy w ich ofercie, który szczyci się dwoma niezależnie sterowanymi, wibrującymi silnikami. (Fun Factory kilka lat temu łączyło wibracje z rotacjami, z poprzedniej generacji mamy także Paula i Paulinę, oni jednak działali tylko na jedno kopyto.)

Jak wiele recenzentek, które zaczynało od gadżetów 2w1 uważam większość tego typu produktów za przereklamowane. Piekąca skórę, żółknąca guma, zacinające się perełki, milion przycisków, kształt idealnie dopasowany do anatomii – tylko czyjej?! Ugh. Podwójne ugh. Co twórcy Seksu w Wielkim Mieście sobie myśleli promując ten chłam?

Na szczęście Miss Bi nie jest ani toksyczna, ani brzydka, ani nieporęczna, ani przekombinowana. Co prawda trochę kosztuje, ale jeśli przyjrzeć się stosunkowi ceny do jakości…No właśnie – przyjrzyjmy się, bo po co kupować królika w worku.

Miss Bi Fun Factory

Miss Bi

Zacznę od pierwszego wrażenia: zwykle jeśli mam możliwość wyboru, to do recenzji proszę o model w kolorze “dowolnym, byle nie różowym” (nie wynika to z niechęci do różu, a z sympatii do wszystkich kolorów). Tym razem dostałam róż z automatu. I co? Jestem zadowolona. Nie jest to bowiem pastelowy, mdły odcień, ale soczysta i żywa barwa. Zdjęcia nie są w stanie pokazać piękna tego koloru. Na żywo widziałam też wersję błękitną – ta jest bardziej stonowana, taka jak to widać na zdjęciach promocyjnych. Ciekawie prezentuje się też trzeci – winogronowy model.

Silikon Miss Bi jest nie tylko ładnie pigmentowany, ale przede wszystkim cudowny w dotyku. Miękki i jedwabisty.  W przeciwieństwie do wszechobecnych żelków będzie służył tak długo, jak będziemy chciały (o ile nie przypadnie do gustu także naszemu czworonogowi). Część recenzentek potrzebuje do zabawek Fun Factory dużych ilości wodnego lubrykantu. Mi faktura odpowiada lepiej bez, ale Wam radzę sprawdzić, czy nie lepiej będzie z. W końcu producenci specjalnie w tym celu dorzucają saszetkę lub dwie.

Kształt Miss Bi jest wprost genialny. Tam gdzie byle-jakie króliki mają puszkę na baterie, wibrator FunFactory wyposażono w pętlę, która pozwala wygodnie chwycić zabawkę niezależnie od tego ile lubrykantu mamy na dłoniach. Palec wskazujący w pętlę – i już kciuk ląduje na panelu sterowania.

Trzonek gadżetu najbardziej przypomina mi Stronica Zwei, ale jest od niego sporo mniejszy, z bardziej ruchomym i spiczastym czubkiem. Daje mi uczucie przyjemnego wypełnienia bez konieczności rozgrzewki z czymś mniejszym. Inspirowany zakrzywionym palcem szpic bardzo ułatwia początkową penetrację. W najszerszym miejscu średnica Miss Bi waha się od 3,5 do 4 cm (przekrój jest spłaszczony) ale nie powoduje to najmniejszego dyskomfortu. Pewnie dlatego Miss Bi stała się ulubioną zabawką tego lata – kiedy było gorąco i cudownie, że aż się chciało, ale tak gorąco, że nic się nie chciało.

SAM_2834

Miss Bi vs. Stronic Zwei

SAM_2829 SAM_2826

Długość Miss Bi też uważam za optymalną (trudno uwierzyć, że to tylko 8 cm) – przy zwykłych wibratorach przeznaczonych do penetracji dodatkowe centymetry nie wadzą, nawet pomagają lepiej chwycić i nakierować gadżet. Natomiast przy “króliczkach” próbując umieścić część łechtaczkową na właściwym miejscu uderzamy jednocześnie w szyjkę macicy. Tu tego problemu nie ma. Miss Bi jest najlepszą przyjaciółką kobiet “płytkich” jak ja.

Wypustka łechtaczkowa jest dość długa i giętka, ale nie wiotka. Przy umiarkowanym nacisku odgina się prostopadle do trzonka, chwytając ją dwoma palcami mogę odgiąć ją aż do panelu kontrolnego. Smutna wiadomość dla tych, co lubią duży nacisk, dobra dla całej reszty, gdyż czyni to Miss Bi bardziej uniwersalną anatomicznie.

Przejdźmy do elektroniki: Miss Bi ma jak już wspominałam dwa napędy, nazwę je silnikiem i silniczkiem. Silnik jak się domyślacie to ten większy, umieszczony w trzonie, tam gdzie widać zgrubienie. Silniczek to ta wściekła osa, którą ktoś złapał i wsadził do wypustki łechtaczkowej.

Na temat silnika mogę pisać peany. Jest wspaniały, to słychać i czuć. Niemcom udało się odkryć i zastosować tu złote proporcje mocy i szybkości. Wibracje skupiają się w zgrubieniu trzonka oraz na czubku. Powoduje to, że używając Miss Bi zgodnie z przeznaczeniem drgania przechodzą z “garba” na wrażliwe wejście do pochwy, okolice ujścia cewki moczowej oraz na spojenie łonowe, sprawiając, że przyjemność rozlewa się po całej miednicy.Skutkuje to także, tym że czubek Miss Bi świetnie nadaje się na zabawkę łechtaczkową.

Jedynym poważnym minusem Miss Bi jest silniczek. Wbrew temu, co pisze Fun Factory niestety mamy tu do czynienia z dość wysokimi obrotami i płytkimi wibracjami. Nie aż tak by zabawkę zdyskwalifikować, ale na tyle by stwierdzić, że mogłoby być lepiej. Nie jest to We-vibe Tango, ale nie jest to też jakiś koszmarny wydrętwiacz. Gdyby silnik nie był tak cudowny, to w ogóle nie czepiałabym się silniczka. Stwierdziłabym “ok zabawka, następny proszę”, a tak dostałam w ręce coś, co jest tak bliskie ideałowi, że ciężko jest wybaczyć to małe niedociągnięcie.

W dodatku podczas gdy silnik do cichych nie należy, ale hałas jest współmierny do intensywności, silniczek po prostu buczy. Najlepiej od razu włączyć muzykę. Albo pójść do wanny – w końcu zabawka wodoodporna.

Oprócz mocy silnika Miss Bi największym zaskoczeniem były dla mnie fajne tryby wibracji. Normalnie nie jest to coś, czemu poświęcam uwagę, skupiając się raczej na zwykłych poziomach. Szybkie przeskakiwanie od zera do maksymalnej prędkości jak i długie pauzy po prostu mnie irytują. Czasem skuszę się na powolny rollercoaster albo bardzo szybki puls. Przy Miss Bi jest trochę inaczej. Tu tryby rzeczywiście są czymś więcej niż tylko standardowo dodawanym bublem. Pozbawione wybijających z rytmu pauz, rozkołysane – lubię wszystkie 3.

No dobrze – mówimy o mocy, o trybach, gdzieś wcześniej wspominałam o niezależnym sterowaniu – to musi być skomplikowane. Nic bardziej mylącego. Miss Bi ma wypukłe 3 przyciski, zero pokręteł. Guzik Fun włącza zabawkę, oba motorki wskakują od razu na drugą prędkość. Środkowy przycisk przyspiesza a następnie przechodzi przez tryby silnika (aż do trybu “off”), a ostatni guzik robi to samo dla silniczka. Jeśli wyłączymy oba motorki w ten sposób, to po pół minuty gadżet wyłączy się całkowicie  – przestanie świecić przycisk “Fun”. Guziki są odpowiednio czułe, działają z wyraźnym “kliknięciem”, konieczność dłuższego przytrzymania “Fun” eliminuje sytuację włączenia się w szufladzie, jest także możliwość zablokowania przed przypadkowym włączeniem, szczególnie przydatna na czas podróży.

Bateria trzyma mocno, przy bardzo częstym acz krótkotrwałym używaniu starcza mi na tydzień. Po czym wyczerpuje się w najmniej odpowiednim momencie – przydałoby się jakieś ostrzeżenie. Miss Bi co prawda traci trochę na mocy, ale jest to tak subtelna różnica, że nie trudno ją przoczyć.

Ładowanie Click’n’Charge działa bez zarzutu – dodatkowo podświetlane przyciski pokazują w przybliżeniu ile jeszcze trzeba czekać. Jako, że proces zajmuje 6-8 godzin dołączony do zabawki kabelek wtykam do adaptera USB do gniazdka. Nie uśmiecha mi się noszenie ładującej się Miss Bi z laptopem.

Podsumowując: gorąco polecam ten gadżet. Jest prosty w użyciu, wygodny, dobrze wyprofilowany i ma cudowny silnik. Wspaniale sprawdza się pod podwójnej stymulacji, ale jako zabawka łechtaczkowa radzi sobie nie gorzej. Dlatego uważam, że może być świetną pierwszą zabawką erotyczną z “prawdziwego zdarzenia”.

Patrząc na cenę Miss Bi nie jest mi trudno zostać przy tej rekomendacji. Mam cały kufer zabawek, a odkąd dostałam tą, jest jedną z trzech jakie ostatnio używałam. Dwóch jeśli pominąć gadżety, które znalazły się na tej liście z obowiązku a nie z wyboru. Miss Bi to dla mnie dwa podstawowe seksualia: ulubiona zabawka łechtaczkowa i królik. Pewnie za jakiś czas zapragnę więcej różnorodności i do łask wrócą dilda, ale ciężko mi sobie wyobrazić coś, co pobije Miss Bi w tych dwóch kategoriach.

SAM_2821

Byle nie do wiosny – wibrator łechtaczkowy Fun Factory Spring

Polowanie na okazje w internecie stało się jednym z popularniejszych sposobów na trwonienie czasu i pieniędzy. Podczas gdy inni poszukują ubrań, butów bądź książek, ja najchętniej rozglądam się za wyprzedażami gadżetów erotycznych1. Przeglądam aukcje i oferty sklepów, których właściciele nie wiedzą co sprzedają (duża szansa że znajdę silikon medyczny w cenie jelly-szajsu).

Od czasu do czasu coś kupuję – czasem za ćwierć normalnej ceny, czasem za pół, czasem znajdzie się w rozsądnej cenie coś niedostępnego nigdzie indziej w Polsce. Rezultaty takich działań są najprzeróżniejsze: od zabawek, o których żartujemy, że w wypadku ewentualnego rozstania będziemy bić się o nie w sądzie2 do… no właśnie. Fun Factory Spring.

Może nie powinnam być taka ostra. W końcu ta zabawka nie jest złem wcielonym. To nie Lelo Ida, która zasługuje, by nakręcić o niej horror (albo od razu cały sezon American Horror Story). Bez problemu mogę wymienić jej zalety. I są to zalety mocne, których brak skreśliłby (prawie) każdą zabawkę z mojej listy ulubionych. Ale… Zacznijmy od początku.

100_2470Fun Factory Spring jest dość krótkim a grubym wibratorem pokrytym malinową bądź pistacjową silikonową skórką. Jako, że wyprodukowała go firma Fun Factory, o bezpieczeństwo materiału nie ma się co martwić – jest tak jak napisano na opakowaniu – czysty silikon zgodny ze standardami medycznymi i nietoksyczny twardy plastik w podstawie. Skórka jest dosyć miękka, na tyle, że ściskając palcami można wyczuć strukturę wnętrza, nie jednak na tyle, bym mogła zrobić to podczas normalnego używania. Wykończenie matowe, bez wyczuwalnego ziarna. W mojej ocenie czepia się mniej od Fun Factory Flasha czy Calli ale bardziej od Lelo Elli. Wystarczy niewielka ilość nawilżacza.

Fun Factory SringCzubek Fun Factory Spring oraz jej trzon zdobią cztery wypukłe kwiatki. O ile te trzy na trzonie są dosyć płaskie i ciężko je wyczuć, to ten bliżej końca, a szczególnie jego środek odznacza się już znacznie i moim zdaniem ratuje zabawkę przed mianem Rozczarowania Roku. Dlaczego? O tym jeszcze później.

Fun Factory Spring zasilany jest bardzo wytrzymałym akumulatorem ładowanym przy pomocy magnetycznej ładowarki Click’n’Charge (ostatnio pojawił się kabelek do ładowania USB). Starsze modele tej ładowarki mogą być kapryśne, ale nowe (te z naklejką, takie jak na obrazku poniżej) nie przerywają ładowania dlatego, że ktoś śmiał je szturchnąć. Koniec ładowania sygnalizowany jest zmianą migającego światła na stałe (stara wersja) lub wyłączeniem się podświetlenia (nowa wersja ładowarki). Chcąc się przypodobać dbającym o środowisko oraz cierpiącym na brak miejsca Fun Factory często sprzedaje zabawki bez ładowarki na wypadek, gdybyśmy już takową posiadali.

Nowa ładowarka click`n`chargeSterowanie wibratorem jest bardzo proste i odbywa się za pomocą dwóch przycisków:
„+” Długie przyciśnięcie – włączenie, płynne zwiększenie prędkości a następnie przejście do pierwszego z trzech trybów; krótkie – poziom wyżej/następny tryb.
„ – ” długie przyciśnięcie – wyłączenie; krótkie – poziom w dół bądź zmiana pulsacji na ciągłe wibracje.
Nie ma możliwości zablokowania przed przypadkowym włączeniem a rozładowywanie na czas podróży szkodzi akumulatorowi. Chociaż, pomimo że przyciski działają dobrze – nie trzeba naciskać bardzo mocno, nie zdarzyło mi się przypadkowo zmienić prędkości.

Z tego co dotąd napisałam, Spring wygląda na całkiem przyzwoity gadżet. Bezpieczne materiały, ładne wykonanie, dobra bateria… Solidne 4, może nawet z plusem, gdy dodamy, że nie jest nadto hałaśliwy. Och, gdyby nie te wibracje. Według Fun Factory są one silne i głęboko sięgające. Może i są. Gdyby nie były schowane tak głęboko w zabawce, to mogłabym wiele dobrego o nich powiedzieć. Tymczasem biorę Spring do ręki, wciskam + raz i drugi, czuje w ręce tą moc, kładę ją na łechtaczce i… zasypiam z nudów. Przyciskanie mocniej nic nie daje. Wybieranie jednego z trybów pulsacji nic nie daje a wręcz pogarsza sprawę. Jedyne co pomaga to pocieranie teksturą, właśnie tym wspomnianym wcześniej kwiatkiem. Twarda silikonowa kuleczka stanowiąca jego środek pomaga trochę stymulować łechtaczkę, dzięki temu jestem w stanie wydobyć i ukierunkować choć odrobinkę wibracji. Wtedy prężąc nogi, myśląc o największych zberezeństwach jakich się da mogę wycisnąć jeden, nudny jak rozgotowane flaki z olejem orgazm.

Myślałam, że skoro zewnętrznie Spring się nie odznacza, to może waginalnie będzie lepiej. W końcu lekkie wybrzuszenie na końcu trzonka mogłoby stymulować punkt G. Niestety nic z tego – długość zabawki połączona z kształtem podstawy sprawiają, że albo można Spring mieć w pochwie albo wygodnie go chwycić, szczególnie gdy bardzo szybko wszystko robi się niemożliwie śliskie. I to biorąc pod uwagę fakt, że jestem kobietą dość płytką.

Podsumowując bardzo się cieszę, że kupiłam Spring na aukcji. Za prawie dwie stówy oczekuję więcej niż tego co może mi dać tani plastikowy wibrator. A Spring niestety nawet tej najniższej poprzeczki nie przeskoczy.

Fun Factory Spring stał się naszym wibratorem karnym. Dostajemy go za karę za nienaładowanie czegoś lepszego. Choć cierpię tylko ja, bo Caramel stwierdza wtedy, że ona woli paluszki.

Od Caramel:
Rzeczywiście, nie wiem jak oni to zrobili, ale to jedna z niewielu zabawek, które zwyczajnie mnie drażnią. Po położeniu bezpośrednio na łechtaczce czuje się tylko lekkie mrówki. Fakt, pocieranie teksturą pomaga ale po co się męczyć skoro niemal dokładnie to samo mogę zrobić lepiej i wygodniej palcami? I to bez odrętwienia towarzyszącego wibracjom jakie wytwarza Spring. Ta zabawka nadaje się tylko do drażnienia i torturowania. Potrzeba mi naprawdę niewielkiej stymulacji łechtaczki żeby dojść. Naprawdę niewielkiej! A ze Springiem bez poruszania teksturą nie dojdę bo zanim zrobi mi się na tyle dobrze czuję odrętwienie. Zdaje mi się że to wina zbyt dużej ilości silikonu i tego, że skórkę można właściwie chwycić i odciągnąć. Przez to wibracje są tłumione i spłycane. Jak kiedyś się wkurzę to obedrę to to ze skóry i sprawdzę czy rzeczywiście tak jest i czy bez silikonu jest lepiej.

100_2458

  1. Wild ma na to bana dopóki nie zrobi wszystkich zaległych recenzji
  2. Mów za siebie, ja nie żartuję…

Mój krótki romans z Mią – recenzja na Seksualności Kobiet

LELO Mia in pink pluged into an USB port

Zdarzyło mi się już w życiu dwa razy wygrać zabawkę erotyczną nawet nie wiedząc, że zgłaszam się do konkursu. O dziwo, gdy zgłaszałam się celowo, takiego szczęścia nie miałam. Za pierwszym razem, kiedy szczęście się do mnie uśmiechnęło, stało się to dlatego, że zakochałam się w pracach Mathew Healy’ego i nie mając za bardzo jak tej miłości dać upust (sprzedaje swoje dzieła za pół darmo, ale akurat wtedy w moim portfelu była pustka), napisałam artykuł na Seksulaność Kobiet. Wtedy okazało się, że Voca właśnie organizuje konkurs artykułowy. I wygrałam LELO Mię.

Do tej pory recenzowałam Mię dwa razy a i tak myślę, że nie do końca oddałam jak bardzo pokochałam ten kawałek plastiku.

WAŻNE: obecnie na rynku można spotkać trzy wersje Mii. Wersja pierwsza (nazwijmy ją 1A) ma słabe wibracje i psuje się. Wersja pierwsza poprawiona (1B) ma mocniejsze wibracje i nie psuje się – o niej jest recenzja. Wersja druga (2) wyszła niedawno. Według Epiphory, której ufam, nie jest mocniejsza od 1B, ma za to kilka więcej trybów pulsacji i nie boi się wody. Jeśli te ulepszenia nie są dla nas ważne, to można kupić 1B, jako że jest tańsza. To czego lepiej unikać, to złogi magazynowe 1A. Jak rozpoznać wersję Mii? Dzięki skuwce i materiałowi przy porcie USB:

  • 1A skuwka bez rowków w środku, port wystaje z silikonu, nie występuje w kolorze czarnym
  • 1B skuwka z rowkami w środku, port wystaje z silikonu
  • 2 skuwka bez rowków w środku, port wystaje z pomalowanego na srebrno plastiku.

Pamiętacie? To teraz chodźcie na Seksualność Kobiet po pełną recenzję.