Mr Boss 2 w 1 – recenzja wibratora o zasilaniu hybrydowym

“Jak ten czas leci…” – ulubione powiedzonko ludzi starzejących się wymsknęło mi się, gdy zdałam sobie sprawę, że od czasu zakupu mojej pierwszej zabawki minęło dużo ponad dekadę. Niewiele mniej upłynęło, odkąd dokupiłam do niej niezbędny gadżet – ładowarkę z akumulatorkami. Była to nieunikniona konsekwencja kombinacji mojego wysokiego libido z tym, że słabo zaprojektowany królik ze śmierdzi-żelków zżerał komplet 4 paluszków AA w kilkadziesiąt minut. Poziomu naładowania tych akumulatorków pilnowałam bardziej niż obecnie uważam by nie rozładował mi się telefon.

Dlatego moją reakcją na nowy pomysł Fun Factory było stwierdzenie, że “w czasach licealnych zabiłabym za coś takiego”. Trochę przesada, szczególnie z ust osoby, która ostatnio flirtuje z weganizmem, bo smak fety nie jest wart cierpienia cieląt, ale wiecie o co mi chodzi. Połączenie wibratora bateryjnego z ładowarką paluszków to rozwiązanie tak zgrabne, że w życiu bym na nie nie wpadła. Jak się sprawdza? Zobaczmy na przykładzie Mr Bossa.

Kwestia przyjemności

Mr Boss to przede wszystkim mniejsza wersja falgowego wibratora Fun Factory Big Bossa. I całe szczęście, że mniejsza. Big Boss (mam go w wersji dildo) jest w moim przypadku usilikonowieniem powiedzenia “co za dużo, to niezdrowo” –  nie chodzi tu tylko o rozmiar.

Big i Mr Boss są jednymi z bardziej realistycznych produktów Fun Factory (prześciga ich tylko POP – ten sam kształt, ale z możliwością wytrysku). Nawet w cielistych odcieniach wyglądają bardziej jak penisy z erotycznego komiksu Eriki Moen niż jak żywe. Nie mam nic przeciwko “realistykom”, ale muszę przyznać, że taka delikatna estetyka trafia do mnie bardziej.

Faktura silikonu obu jest aksamitna, ziarnista, co z jednej strony sprawia, że nie zbierają każdego włosa z pościeli (tylko znakomitą ich większość) a z drugiej powoduje dość duże tarcie. O ile w przypadku dilda Big Boss kombinacja tego właśnie tarcia i dużego rozmiaru i wyrazistego kształtu sprawia, że unikam zabawki do tego stopnia, że nawet nie podjęłam się recenzji, gdy mówimy o mniejszym Mr Bossie faktura stanowi ten mały szczegół, który podnosi doznania z “ok, możesz kontynuować” do “ojej, jak fajnie”.

Na szczęście zmniejszając zabawkę projektanci z Fun Factory nie skrócili jej zbytnio, więc w ręce leży wygodnie i nie ma problemu z nakierowaniem jej tak jak chcemy i operowaniu nią z dużą werwą.

Do tego wibracje. Drgania Mr. Bossa są rzeczywiście silne, ciężko uwierzyć, że chodzi na małych paluszkach. Stwierdzenie “najpotężniejsze wibratory na baterie” należy oczywiście potraktować z przymrużeniem oka. W swojej klasie – dwa razy AAA i przy takiej ilości dość miękkiego silikonu Mr Boss rzeczywiście wybija się przed szereg. Bestii jadącej na bateriach C jednak nie podskoczy, mocniej niż plastikowy Ace of Spades nie zadudni – ot, czysta fizyka.

Niemniej inżynierzy z Fun Factory zasługują na pochwały – wycisnęli z tych dwóch małych paluszków tyle czystej mocy ile się da i w dodatku tak wyważyli zabawkę, że wibracje są głęboko penetrujące i stymulujące. Pozornie skupiają się na główce, ale przy nacisku najmocniej odczuwam je w połowie zabawki. Ma to swoje plusy i minusy. Mr Boss jest mniej wszechstronny – wiele “klasycznych” wibratorów teoretycznie przeznaczonych do penetracji można z powodzeniem używać do stymulacji łechtaczki. I może moja łechtaczka jest bardziej wybredna, niż gdy jeszcze nie wiedziała co to zabawka zasilana z 230V, ale jej zdanie co do Mr Bossa to lekceważące “Meh”. Z drugiej jednak strony, jak używam Mr Bossa “zgodnie z przeznaczeniem”, to cała moc skupiona jest w połowie zabawki i przyciśnięta do przedniej ścianki pochwy, sprawiając, że trafia w całą moją strefę G.

Co zaskoczyło mnie najbardziej, to to, że Mr Bossa używam prawie zawsze w trybie pulsacji. Podczas gdy zwykle trzymam się stałych poziomów a wszelkie rollercoastery, szybkie i wolne pulsy itp testuję głównie na potrzeby recenzji, tu jest zupełnie odwrotnie. I to w dodatku wybieram tryby z wyraźniejszymi pauzami. Między innymi dlatego cieszy mnie, że została zachowana funkcja pamięci – wystarczy po uruchomieniu ulubionego trybu dłużej przycisnąć Fun i zabawka będzie startowała na tym programie do czasu rozładowania lub otwarcia komory na baterie.

Kwestia praktyczna

Seria Battery plus jest w moim odczuciu odpowiedzią na obawy nowych klientów, że wbudowany akumulator raczej prędzej, niż później, straci pojemność i przestanie nadawać się do beztroskiego użytku. Moje najstarsze zabawki Fun Factory mają około pięciu lat i przez ten czas nie zauważyłam niepokojących objawów u żadnej z nich. To, że nie są eksploatowane tak intensywnie jakby były, gdybym miała ich mniej (nawet Miss Bi, ze względu na to, że mam dwie) może wpływać na ich kondycję. Równie dobrze (a w tym wypadku źle), jak to, że przy tej ilości łatwo jest coś przeoczyć i pozwolić rozładować się do zera z tyłu szuflady. Nie ma co wróżyć z fusów, wystarczy spojrzeć, że w środowisku recenzenckim wbudowane akumulatory Fun Factory cieszą się znakomitą opinią.

Poza wspomnianą funkcją pamięci Mr Boss ma kilka innych rozwiązań technicznych, za które lubię Fun Factory: logiczny, działający system sterowania z podświetlanymi, opisanymi, wypukłymi przyciskami, które chodzą z klikiem (inni producenci, patrzcie i uczcie się!!!), blokadę na czas podróży, sygnalizację poziomu ładowania, kompatybilność z systemem Click’n’Charge, wodoodporność.

Jedna dioda miga – od 0 do 33%

Jednej rzeczy się przyczepię – ceny. Wibatory z serii Battery+, sprzedawane bez akumulatorków i bez kabla ładującego są nieco droższe niż kompletne, pełnowartościowe wibratory z wbudowanym akumulatorem. Czyli klient dostaje wibrator bateryjny w cenie ładowalnego (zwykle mocniejszego). Za zestaw “Hybrid kit” trzeba dopłacić 90 złotych, co po odliczeniu wartości kabla ładującego daje nam dwa niezwykle cenne akumulatorki-paluszki.

Niemniej zabawka działa super, więc absolutnie polecam Mr Bossa tym co szukają wibratora do strefy G, który będzie pracował bardziej fakturą (tarcie) niż kształtem, nie wymagają wibracji, których nie da się uzyskać z paluszków i do tego:

  • potrzebują czegoś, co można zabrać na “wakacje od prądu”, ale po powrocie nadal używać z przyjemnością
  • przewidują, że ładowanie zabawki z wbudowanym akumulatorem raz na kilka miesięcy może wylecieć im z głowy
  • mają już inne zabawki na paluszki AAA, ale nie ładowarkę
  • chcą uniknąć efektu “planowego postarzania”1

Odradzam osobom wrażliwym na tarcie podczas penetracji. Faktura zabawek Fun Factory niestety nie jest im przyjazna. Dla reszty Mr Boss ma potencjał jako łatwy i przyjemny w użytku standard.

  1.  Choć jak wspominałam, u Fun Factory problemu nie zaobserwowałam. Chciałabym, aby baterie w moim telefonie czy laptopie miały się tak dobrze jak te w gadżetach erotycznych.