Recenzja uprzęży Strap & Bound 3

Znajduję się obecnie na życiowym zakręcie, który to daje mi okazję do przemyślenia i uporządkowania wielu spraw. Określenia tego, kim jestem i czego szukam. Także w sprawach seksualnych. Jak pogodzić to, że będąc bardzo uległą, jednocześnie uwielbiam nosić i używać strap-ona? Jakiś czas temu znalazłam sformułowanie „service top” i stwierdzam, że bardzo dobrze opisuje ten istniejący we mnie rzekomy paradoks. To określenie osoby, która chociaż jest „na górze”, to jeśli chodzi o emocjonalny aspekt, pozostaje na usługach partnera/-ki.

Dodatkowo do podobnych przemyśleń skłania mnie otrzymanie do testów nowej uprzęży Strap & Bound III, która powstała dzięki współpracy dwóch niemieckich producentów: Strap and Bound i Fun Factory. Jest ona ręcznie wykonana z miękkiego dżinsu, w pełni wegańska i zadziwiająco wygodna.

Pierwszy strap-on pojawił się w mojej szafie kilka lat temu. Uszyłam go według wykroju znalezionego na tej stronie, dodając napy przy mocowaniu metalowego pierścienia, tak by można go było wymienić na większy, oraz klamerkę na pasku nad tyłkiem. Mimo amatorskiego wykonania śmiem twierdzić, że nie ustępuje ona komercyjnym nylonowym uprzężom. Po co mi więc Strap & Bound?

Po testach znam odpowiedź: żeby uniknąć sytuacji, w której atmosfera pryska, bo przez 5 minut mocuję się z paskami, by wszystko leżało tak, jak chcę. Komfort i atrakcyjny wygląd to tylko dodatkowe bonusy.

Zacznijmy od tego, że nie jest to nylonowa uprząż. Na rynku gdzie głównie dostępny jest właśnie nylon, skóra, bądź lateks – Strap & Bound stanowi ciekawą odmianę. Użyty materiał jest miękki i przyjemny w dotyku. W przeciwieństwie do pozostałych nie wpija się irytująco w skórę i nie obciera.

DSCN1549

Połączenie wspomnianej miękkości z regulacją na półkola sprawia, że dopasowanie długości pasków jest szybkie i łatwe. W niczym nie przypomina siłowania się z szelkami od plecaka (a tak właśnie wyglądało wcześniej nakładanie przeze mnie uprzęży). W dodatku paski mają różną szerokość, więc nawet przy nastrojowym oświetleniu, dodatkowo zamroczona pożądaniem, nie muszę się zastanawiać co gdzie ma iść. Po prostu dwoma krokami wchodzę w uprząż, naciągam na biodra, krótko szarpię za 3 paski i mam! Mogę wyrobić się w minutę i uzyskać taką samą stabilność, co w poprzedniej uprzęży i zachować przy tym twarz.

Trzeba jednak uważać, by nie zacisnąć pasków zbyt mocno, gdyż rozciąga to silikonowy pierścień i dildo (nawet takie o bardzo szerokiej podstawie), wypada. Przygotowana do sytuacji, gdzie ciaśniejsze zapięcie oznacza mniej obcierania, muszę się tego oduczyć. Nieco luźniejsze zapięcie nie zmniejsza kontroli nad penetracją.

Kolejnym ważnym plusem Strap & Bound jest możliwość użycia go do stabilizacji dilda Share. Z początku byłam do tego sceptycznie nastawiona – w końcu nawet nie przyszło mi do głowy parować Share z moją starą uprzężą (a szkoda!). Okazuje się jednak, że pomysł działa. Wprawdzie sprawia, że Share jeszcze bardziej celuje w pępek i skraca o przynajmniej centymetr długość użytkową, ale za to wreszcie mogę Share używać z rozkraczonymi nogami. To bardzo rozszerza skromny repertuar pozycji, w jakich mogę używać tego dilda. Ważna rada: najpierw zakładamy Share, potem dodajemy uprząż.

Niestety, poza Share, większość dild Fun Factory będzie w Strap & Bound lekko opadać, tym bardziej, im niżej je zamocujemy. Nie jest to jednak wina uprzęży, a kąta, pod jakim ich trzonki wyrastają z podstaw, oraz oczywiście grawitacji. Mam nadzieję, że Fun Factory wprowadzi do swojej oferty coś na kształt mojego ukochanego Tantusa Acute, albo dild BS is Nice. Póki co, da się do tego opadania przyzwyczaić.

Co zmieniłabym w Strap & Bound? Na pewno przydałby się opcjonalny kawałek materiału z kieszonką na wibrator. Na początku myślałam, że trzeba by do tego dodać napy przy silikonowym pierścieniu (kieszonka musi być zdejmowalna, jeśli chcemy używać uprzęży z Share), ale po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że przecież bez trudu można by rozebrać uprząż na części i przeciągnąć troczki przez otwory w kieszonce. W prawdzie ja swojego starego przedniego kawałka szybko przestałam używać, ale głównie dlatego, że został uszyty, zanim kupiłam Salsę i na długo nim dostałam Tango i żadnej kieszeni nie posiadał. Poza tym, w czasie używania strap-ona zwykle skupiam się całkowicie na reakcjach drugiej osoby i nie potrzebuję fizycznej stymulacji. W związku z tym zrobienie nowej, ulepszonej kieszonki, w sytuacji, gdzie nie miałam już dostępu do maszyny do szycia, nie stanowiło priorytetu. Zdaję sobie jednak sprawę, że dla wielu osób taka kieszeń z odpowiednio silnym pociskiem byłaby dużą zaletą.

Jedyne rozwiązanie powyższej kwestii, jakie mi przyszło mi do głowy (poza uszyciem kieszeni samemu, oczywiście), to umieszczenie mojego starego Better Than Chocolate pod uprzężą. W prawdzie wygląda przekomicznie – na tyle, że nawet nie chcę pozować do takich zdjęć dla celów recenzyjnych – ale do mojej anatomii pasuje jak ulał. Zastanawiam się czy Laya Spot od Fun Factory nie mógłby też tak pasować. W dodatku, jeśli chciałabym zwiększyć głębię penetracji, bo miałabym wpięte dildo długości Amora, to taki trick bardzo by pomógł. Kto wie, może jeszcze polubię Better Than Chocolate1.

Długo zastanawiałam się czy zastosowanie jednego, przymocowanego na stałe silikonowego pierścienia, nie obróci się przeciwko użyteczności uprzęży. Po wielu testach jestem jednak spokojna. Silikon to nie jest guma, nie obawiam się, że się rozciągnie, sparcieje. Prędzej uprzęż zmechaci się i powyciera od ciągłego używania (życzcie mi tego!), niż cokolwiek złego spotka ten pierścień. Jeśli poprawnie – nie za ciasno – założę uprząż, to wszystkie moje dilda, nawet znana z wypadania stara wersja Tantusa Acute (kilka lat temu Tantus wyszedł z nową wersją o solidniejszej podstawie), się trzymają. Jak się zapomnę i zacisnę tak, by zrobić ze swoich ud serdelki, wypadają wszystkie. Ponadto wydaje mi się, że silikonowy pierścień trochę amortyzuje i czyni uprzęż jeszcze wygodniejszą.

DSCN1550

Jeśli chodzi o wykończenie i stronę estetyczną, to Strap & Bound prezentuje się znakomicie. Jak widać ze zdjęć, szwy są równe, jak od linijki. Elementy metalowe błyszczą się, nie są zmatowiałe czy zadrapane. Trzema słowami: jakość pierwsza klasa. Trochę poprzeglądałam strony sklepów oferujące Strap & Bound w poprzednich wersjach i czekam aż Fun Factory wprowadzi do oferty inne opcje kolorystyczne (różniące się kolorem tasiemki). Tak samo mam nadzieję, że pojawi się uprząż plus size. Strap & Bound pasuje na osoby noszące europejskie rozmiary 34-46. Kobiety o bujniejszych kształtach także zasługują na komfort.

Untitled-1

Tak więc stwierdzam, że Strap & Bound to bardzo udany produkt z wyższej półki. Znajduje to odzwierciedlenie w cenie, na której wysokość składają się nie tylko wysokiej jakości materiały ale i godziwe wynagrodzenie dla niemieckich szwaczek, które odwalają kawał dobrej roboty. Podobnie kosztują legendarne wręcz skórzane uprzęże Aslan Leather (w tym wege-wersja Jaguara z eko skóry). Jeszcze droższe (i podobno stabilniejsze) są produkty Spare Parts Hardware, ale to już zupełnie inny stopień wtajemniczenia.

 

  1. marne szanse. Nawet dwa Duracele nie są w stanie zmienić tego, że stara wersja BTC ma silnik słabszy niż frezarka do paznokci z Biedronki.

Bounce, baby….

Podczas gdy każdy producent gadżetów erotycznych stara się być „innowacyjny” niewielu się to udaje. Patrząc na wiele nowinek często zastanawiam się, czy były one testowane na żywych ludziach nim trafiły do produkcji. To, że coś wygląda interesująco i jest chwytliwie reklamowane nie oznacza ani trochę, że twórcy zasługują na premię za dobrze wykonane zadanie. Są jednak producenci, dla których nowe nie oznacza automatycznie niedopracowane. Potrafią zmotywować swoich projektantów, by tak długo zmieniali prototypy, aż w końcu powstanie produkt, który użytkownicy nie tylko kupią, ale też polubią, by następnym razem nie wpadło im do głowy zastanawiać się, której marce zaufać.

Fun-Factory_ShakeDILDO_Bouncer_Red_l

Tak jest z Fun Factory. Co prawda nie wszystkie ich pomysły się sprawdzają (rowki na zabawce analnej – serio?), ale to w końcu oni zaczęli silikonową rewolucję w europejskich seks-shopach, dali nam kolorową, pełną humoru alternatywę dla panującej wcześniej chińskiej miernoty, a ostatnio zaprezentowali Pulsatory. Dlatego odpakowywaniu ich gadżetów zawsze towarzyszy w naszym domu ekscytacja. Nie inaczej było i tym razem.

Pobieżnie zerkając na reklamę Bouncera doszłam do błędnych wniosków. Wyraźnie pokazano poruszające się „o własnych siłach” zabawki, a wielokrotnie migające teksty o tym, że nadchodzi połączenie kulek i dilda jakoś umknęły mojemu nieuważnemu oku. Jako że nie lubię czytać zbyt wiele o produktach, które dostanę do recenzji, zanim nie zdążę ich choćby odpakować, to że Bouncer jest dildem było dla mnie zaskoczeniem. Myślałam, że Fun Factory rozwija technologię związaną z pulsatorami. A tu taka niespodzianka ;)

Od samego początku trudno było mi się powstrzymać od zabawy Bouncerem i to nawet niekoniecznie w sposób erotyczny, miałam po prostu ochotę miętolić go tak, jaki zwykle miętoli się różne gadżety odstresowujące. Bouncer świetnie się trzęsie, zgina i w ogóle jest miziasty. Ciężko jest się powstrzymać od głaskania – silikon jest bardzo gładki, najbardziej przypomina mi ten pulsatora. Co dziwne, po wielu ślepych próbach musiałam przyznać, że opuszki moich palców nie odczuwają różnicy pomiędzy Pulsatorem, Share a Bouncerem. Nadal jednak będę się upierać, że Share w użyciu jest bardziej szorstkie.

Na „żywo” dildo prezentuje się nie gorzej niż w materiałach promocyjnych. Mój egzemplarz ma piękny, soczysty czerwony kolor, jak wiosenny tulipan. Niestety nie udało mi się tego oddać na zdjęciach – wyszły blado. Miejsce połączenia silikonu, tak zwany „szew” został wygładzony na tyle, że ciężko go wyczuć nawet palcami, a co dopiero w użyciu. Jakość pierwsza klasa!

No dobrze, dość powierzchowności, co z zasadniczym pytaniem: „Jakie to uczucie?”. Bardzo przyjemne, przynajmniej, jeśli chodzi o używanie, jako zwykłego dilda waginalnego. Najbardziej przypomina mi trzęsienie się wspomnianego już pulsatora (w dodatku oba brzmią całkiem podobnie). Dużo mniej natomiast podobne jest do odczuć związanych z kulkami waginalnymi. Okazjonalne, nieprzewidywalne stuknięcia nie mogą się równać z rytmicznym, prawie regularnym kołysaniem. Kulki latają jak szalone, obijając się o ścianki sfer, w których zostały umieszczone. Próbowałam odkryć jak duży wpływ na mój zachwyt ma sam odgłos stukania, ale eksperymenty z zatyczkami do uszu nic mi nie powiedziały. Ocenę tego ile grzechotanie wnosi do ogólnego wrażenia jest tym cięższe, że kształt Bouncera jest dla mnie nowością i nie mam zwykłego dilda o identycznym profilu by je porównać.

O ile Bouncer przy szybkich i rytmicznych pchnięciach stanowi cudo niemieckiej myśli technicznej, to nie jestem w stanie wykrzesać z siebie podobnego entuzjazmu, jeśli chodzi o penetrację analną. Winien jest temu w większości rozmiar zabawki. Nie jestem w stanie znieść pchnięć wystarczająco szybkich by wywołać efekt, który sprawia mi tak wiele przyjemności w użyciu waginalnym. Ba, te 4 cm obwodu bez ułatwiającej wprowadzenie końcówki kilka razy uniemożliwiło mi nawet spróbowanie. Przy czym nie twierdzę, że inni będą mieli ten problem. Jeśli ktoś wie, że średnica nie będzie przeszkodą w rozbujaniu zabawki, to ma szanse wykorzystać w pełni jej potencjał. Osobiście wolę tu poruszający się o własnych siłach i o wiele delikatniejszy Stronic Zwei.

Niestety przy dokładnym obejrzeniu nie wszystko jest tak jak w reklamie. W prawdzie podstawa dilda jest gładka, nie można tu jednak mówić o solidnej przyssawce. W rzeczywistości Bouncer przewraca się, jeśli tylko dać mu lekkiego pstryczka w „nos”. Nawet na bardzo gładkiej powierzchni nie udało mi się przytwierdzić go wystarczająco stabilnie by nie odkleił się po kilku ruchach. Można przedstawić kontrargument, że umocowany Bouncer straciłby na chwilę swoje grzechoczące moce, ale przecież zyskałby na uniwersalności. Wystarczyłoby odrobinę mocniej wgłębić podstawę i mielibyśmy idealną przyssawkę – niczego by to nie zepsuło a tylko dodało nowe możliwości.

Ogólnie rzecz biorąc Bouncer to bardzo fajne dildo. Wygodne w użyciu, dobrze wyprofilowane, profesjonalnie wykończone, a w dodatku z tym czymś, czego nie ma żadne inne. Po testach testów stało się moim waginalnym numerem jeden i na jakiś czas nim pozostanie.

Jedyne, co powstrzymuje mnie od krzyczenia „Ludzie, wio do sklepów po Bouncery!” jest ich cena. Okolice 380 złotych za gadżet erotyczny to nie za dużo, pod warunkiem, że jest to zabawka elektroniczna. Nie posiadam odpowiedniej wiedzy na temat technologii produkcji Bouncerów, ale ciężko mi uwierzyć, że zatopienie 3 kulek to koszt podobny do wykonania i zatopienia dobrej klasy silnika. W dodatku przyssawka nie działa.

Tak więc tym, co zerkają na Bouncera z żądzą w oczach, polecam. Szczególnie miłośnikom i miłośniczkom intensywnej, szybkiej penetracji. Tym, co wolą spokojniej, ale są zaintrygowani pomysłem, radzę wstrzymać się przez chwilę, aż odłożą więcej i od razu postawić na pulsatora. Tym co, jak moja partnerka, nie mogą dużo – a tym bardziej szybko i dużo – niekoniecznie. Szklane g i p-spottery są dla Was Świętym Gralem, nie Bouncer. Natomiast tym, co zaczynają przygody z zabawkami i nie chcą ryzykować większą kwotą nim zyskają większe rozeznanie w tym co ich ciało lubi poradziłabym „zwykłe” bardziej uniwersalne dildo jak na przykład Amor.

Byle nie do wiosny – wibrator łechtaczkowy Fun Factory Spring

Polowanie na okazje w internecie stało się jednym z popularniejszych sposobów na trwonienie czasu i pieniędzy. Podczas gdy inni poszukują ubrań, butów bądź książek, ja najchętniej rozglądam się za wyprzedażami gadżetów erotycznych1. Przeglądam aukcje i oferty sklepów, których właściciele nie wiedzą co sprzedają (duża szansa że znajdę silikon medyczny w cenie jelly-szajsu).

Od czasu do czasu coś kupuję – czasem za ćwierć normalnej ceny, czasem za pół, czasem znajdzie się w rozsądnej cenie coś niedostępnego nigdzie indziej w Polsce. Rezultaty takich działań są najprzeróżniejsze: od zabawek, o których żartujemy, że w wypadku ewentualnego rozstania będziemy bić się o nie w sądzie2 do… no właśnie. Fun Factory Spring.

Może nie powinnam być taka ostra. W końcu ta zabawka nie jest złem wcielonym. To nie Lelo Ida, która zasługuje, by nakręcić o niej horror (albo od razu cały sezon American Horror Story). Bez problemu mogę wymienić jej zalety. I są to zalety mocne, których brak skreśliłby (prawie) każdą zabawkę z mojej listy ulubionych. Ale… Zacznijmy od początku.

100_2470Fun Factory Spring jest dość krótkim a grubym wibratorem pokrytym malinową bądź pistacjową silikonową skórką. Jako, że wyprodukowała go firma Fun Factory, o bezpieczeństwo materiału nie ma się co martwić – jest tak jak napisano na opakowaniu – czysty silikon zgodny ze standardami medycznymi i nietoksyczny twardy plastik w podstawie. Skórka jest dosyć miękka, na tyle, że ściskając palcami można wyczuć strukturę wnętrza, nie jednak na tyle, bym mogła zrobić to podczas normalnego używania. Wykończenie matowe, bez wyczuwalnego ziarna. W mojej ocenie czepia się mniej od Fun Factory Flasha czy Calli ale bardziej od Lelo Elli. Wystarczy niewielka ilość nawilżacza.

Fun Factory SringCzubek Fun Factory Spring oraz jej trzon zdobią cztery wypukłe kwiatki. O ile te trzy na trzonie są dosyć płaskie i ciężko je wyczuć, to ten bliżej końca, a szczególnie jego środek odznacza się już znacznie i moim zdaniem ratuje zabawkę przed mianem Rozczarowania Roku. Dlaczego? O tym jeszcze później.

Fun Factory Spring zasilany jest bardzo wytrzymałym akumulatorem ładowanym przy pomocy magnetycznej ładowarki Click’n’Charge (ostatnio pojawił się kabelek do ładowania USB). Starsze modele tej ładowarki mogą być kapryśne, ale nowe (te z naklejką, takie jak na obrazku poniżej) nie przerywają ładowania dlatego, że ktoś śmiał je szturchnąć. Koniec ładowania sygnalizowany jest zmianą migającego światła na stałe (stara wersja) lub wyłączeniem się podświetlenia (nowa wersja ładowarki). Chcąc się przypodobać dbającym o środowisko oraz cierpiącym na brak miejsca Fun Factory często sprzedaje zabawki bez ładowarki na wypadek, gdybyśmy już takową posiadali.

Nowa ładowarka click`n`chargeSterowanie wibratorem jest bardzo proste i odbywa się za pomocą dwóch przycisków:
„+” Długie przyciśnięcie – włączenie, płynne zwiększenie prędkości a następnie przejście do pierwszego z trzech trybów; krótkie – poziom wyżej/następny tryb.
„ – ” długie przyciśnięcie – wyłączenie; krótkie – poziom w dół bądź zmiana pulsacji na ciągłe wibracje.
Nie ma możliwości zablokowania przed przypadkowym włączeniem a rozładowywanie na czas podróży szkodzi akumulatorowi. Chociaż, pomimo że przyciski działają dobrze – nie trzeba naciskać bardzo mocno, nie zdarzyło mi się przypadkowo zmienić prędkości.

Z tego co dotąd napisałam, Spring wygląda na całkiem przyzwoity gadżet. Bezpieczne materiały, ładne wykonanie, dobra bateria… Solidne 4, może nawet z plusem, gdy dodamy, że nie jest nadto hałaśliwy. Och, gdyby nie te wibracje. Według Fun Factory są one silne i głęboko sięgające. Może i są. Gdyby nie były schowane tak głęboko w zabawce, to mogłabym wiele dobrego o nich powiedzieć. Tymczasem biorę Spring do ręki, wciskam + raz i drugi, czuje w ręce tą moc, kładę ją na łechtaczce i… zasypiam z nudów. Przyciskanie mocniej nic nie daje. Wybieranie jednego z trybów pulsacji nic nie daje a wręcz pogarsza sprawę. Jedyne co pomaga to pocieranie teksturą, właśnie tym wspomnianym wcześniej kwiatkiem. Twarda silikonowa kuleczka stanowiąca jego środek pomaga trochę stymulować łechtaczkę, dzięki temu jestem w stanie wydobyć i ukierunkować choć odrobinkę wibracji. Wtedy prężąc nogi, myśląc o największych zberezeństwach jakich się da mogę wycisnąć jeden, nudny jak rozgotowane flaki z olejem orgazm.

Myślałam, że skoro zewnętrznie Spring się nie odznacza, to może waginalnie będzie lepiej. W końcu lekkie wybrzuszenie na końcu trzonka mogłoby stymulować punkt G. Niestety nic z tego – długość zabawki połączona z kształtem podstawy sprawiają, że albo można Spring mieć w pochwie albo wygodnie go chwycić, szczególnie gdy bardzo szybko wszystko robi się niemożliwie śliskie. I to biorąc pod uwagę fakt, że jestem kobietą dość płytką.

Podsumowując bardzo się cieszę, że kupiłam Spring na aukcji. Za prawie dwie stówy oczekuję więcej niż tego co może mi dać tani plastikowy wibrator. A Spring niestety nawet tej najniższej poprzeczki nie przeskoczy.

Fun Factory Spring stał się naszym wibratorem karnym. Dostajemy go za karę za nienaładowanie czegoś lepszego. Choć cierpię tylko ja, bo Caramel stwierdza wtedy, że ona woli paluszki.

Od Caramel:
Rzeczywiście, nie wiem jak oni to zrobili, ale to jedna z niewielu zabawek, które zwyczajnie mnie drażnią. Po położeniu bezpośrednio na łechtaczce czuje się tylko lekkie mrówki. Fakt, pocieranie teksturą pomaga ale po co się męczyć skoro niemal dokładnie to samo mogę zrobić lepiej i wygodniej palcami? I to bez odrętwienia towarzyszącego wibracjom jakie wytwarza Spring. Ta zabawka nadaje się tylko do drażnienia i torturowania. Potrzeba mi naprawdę niewielkiej stymulacji łechtaczki żeby dojść. Naprawdę niewielkiej! A ze Springiem bez poruszania teksturą nie dojdę bo zanim zrobi mi się na tyle dobrze czuję odrętwienie. Zdaje mi się że to wina zbyt dużej ilości silikonu i tego, że skórkę można właściwie chwycić i odciągnąć. Przez to wibracje są tłumione i spłycane. Jak kiedyś się wkurzę to obedrę to to ze skóry i sprawdzę czy rzeczywiście tak jest i czy bez silikonu jest lepiej.

100_2458

  1. Wild ma na to bana dopóki nie zrobi wszystkich zaległych recenzji
  2. Mów za siebie, ja nie żartuję…

Mój krótki romans z Mią – recenzja na Seksualności Kobiet

LELO Mia in pink pluged into an USB port

Zdarzyło mi się już w życiu dwa razy wygrać zabawkę erotyczną nawet nie wiedząc, że zgłaszam się do konkursu. O dziwo, gdy zgłaszałam się celowo, takiego szczęścia nie miałam. Za pierwszym razem, kiedy szczęście się do mnie uśmiechnęło, stało się to dlatego, że zakochałam się w pracach Mathew Healy’ego i nie mając za bardzo jak tej miłości dać upust (sprzedaje swoje dzieła za pół darmo, ale akurat wtedy w moim portfelu była pustka), napisałam artykuł na Seksulaność Kobiet. Wtedy okazało się, że Voca właśnie organizuje konkurs artykułowy. I wygrałam LELO Mię.

Do tej pory recenzowałam Mię dwa razy a i tak myślę, że nie do końca oddałam jak bardzo pokochałam ten kawałek plastiku.

WAŻNE: obecnie na rynku można spotkać trzy wersje Mii. Wersja pierwsza (nazwijmy ją 1A) ma słabe wibracje i psuje się. Wersja pierwsza poprawiona (1B) ma mocniejsze wibracje i nie psuje się – o niej jest recenzja. Wersja druga (2) wyszła niedawno. Według Epiphory, której ufam, nie jest mocniejsza od 1B, ma za to kilka więcej trybów pulsacji i nie boi się wody. Jeśli te ulepszenia nie są dla nas ważne, to można kupić 1B, jako że jest tańsza. To czego lepiej unikać, to złogi magazynowe 1A. Jak rozpoznać wersję Mii? Dzięki skuwce i materiałowi przy porcie USB:

  • 1A skuwka bez rowków w środku, port wystaje z silikonu, nie występuje w kolorze czarnym
  • 1B skuwka z rowkami w środku, port wystaje z silikonu
  • 2 skuwka bez rowków w środku, port wystaje z pomalowanego na srebrno plastiku.

Pamiętacie? To teraz chodźcie na Seksualność Kobiet po pełną recenzję.